27.02.2017

Książki, wyobraźnia i róże

Wychowałam się w domu pełnym książek i na pewno nie pozostało to bez wpływu na moje życie. Na półkach wszędzie książki, głównie literatura piękna, poezja, ale także poradniki. Dla dziecka, którego nieszczególnie ciekawiła klasyka w stylu Prusa czy Sienkiewicza o wiele bardziej inspirujące były książki z obrazkami. Lata 80-te to nie był przecież czas pięknych i różnorodnych czasopism kulinarnych dostępnych zawsze i wszędzie. Moje dzieciństwo to także brak Internetu i kulinarnych kanałów tematycznych. Nie wspomnę o kablówce. Moim dzieciom trudno to zrozumieć, mi zresztą czasami też! Tak Kochani, na półkach z książkami odrębne miejsce zajmowały książki kucharskie, chyba dwie. Jedna, której tytułu nie pamiętam była, zdaje się, prezentem dla mojej mamy od babci Heleny, druga to nieśmiertelna Kuchnia Polska. Dlaczego nieśmiertelna? Bo ma ją moja mama, kolejne wydania dostały moje siostry po zamążpójściu i ja, również, kiedy zmieniłam stan cywilny.

źródło:polona.pl

W dzieciństwie książki te interesowały mnie nie dlatego, że chciałam już wtedy zostać kulinarną celebrytką, ale dlatego, że zawierały odpowiednią porcję kolorowych zdjęć. Na fotografiach same smakołyki: mięsa, galarety, wypieki, smakowitości, za którymi tęsknił każdy, kto musiał sobie radzić w czasach pustych sklepowych półek.


Ja, jako kilkulatka marzyłam oczywiście o słodkościach, czekoladach, cieście francuskim i egzotycznych owocach, których smaku nie byłam sobie w stanie wyobrazić. Moją wyobraźnię wręcz rozpalały te zdjęcia. Przyglądając się im dziś myślę, że są przecież kiepskiej jakości. Mimo to, nadal cieknie mi ślinka na myśl o niektórych smakołykach, szczególnie jednym.

Mowa tu o karnawałowych różach. W ubiegłym roku w karnawale nauczyłam się robić chruściki, teraz udało mi się zamienić marzenia z dzieciństwa w realny kawałek pudrowanych kwiatów. Przepis na ciasto znajdziecie w poście Depresja w dolinie. Co prawda w trakcie przygotowywania ciasta okazało się, że śmietany mam resztkę, bo dzień wcześniej przygotowałam gzik, ale w lodówce znalazł się serek homogenizowany- waniliowy i chyba spisał się na medal. Tak więc potrzeba matką wynalazku, śmiało można zastąpić kwaśną śmietaną serkiem!


Sekret róż tkwi w ich wykonaniu , czyli ułożenia kompozycji z trzech różnych płatków w kształcie koła. Każde z kół musi mieć inną średnicę. Do wykrawania potrzebne są więc trzy różne naczynia, na przykład: szklanka, kieliszek do wina i kieliszek do wódki. Kółka nacinam z brzegów, w czterech lub więcej miejscach, następnie łączymy, w środku, dociskając palcem. Takie surowe kwiaty wkładamy na głęboki, gorący tłuszcz. Ja smażę na oleju. Tradycyjnie powinno się na smalcu, ale wówczas nie możecie nimi poczęstować wegetariańskich przyjaciół!!!


Robiłam je pierwszy raz wzorując się na mojej niezawodnej książce kucharskiej, w wydaniu z XXI wieku wciąż są zdjęcia, na nich się wzorowałam. Efekt wizualny bardzo przypadł mi do gustu!
Pamiętajmy, by wyciągając usmażone róże, kłaść je na serwetce papierowej. Ostygnięte dekorujemy cukrem pudrem, a w środek nakładamy ulubionej konfitury. Według mnie najbardziej pasują maliny.  Róże to przysmak, który wymaga sporo wolnego czasu, nie można robić ich na szybko, trzeba podejść do nich jak do tych z ogrodu. Są delikatne, chrupiące, ale i charakterne.

źródło: polona.pl

Takim sposobem zimą czarujemy w kuchni swój własny różany ogród. Przed nami ostatnie dni karnawału, ostatnie chwile zimy. Można zaszaleć, spróbować przenieść się do czasów dzieciństwa. Nic tam kalorie, nadchodzi Wielki Post i wiosna. Przejdziemy na dietę, zaczniemy ćwiczyć, a teraz, mały, słodki, chrupiący grzeszek nikomu nie zaszkodził. Zapewniam Was długo grzeszyć nie będziecie, róże pochłaniane są w zawrotnym, grzesznym tempie.
Smacznego!


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza