14.01.2016

Depresja w Dolinie


Nie było mnie tu długo, ale już wracam i zbieram siły na nowy dobry rok!

Tak się składa, że moja nieobecność związała się z pewną niedyspozycją, o której tylko kilka zdań. Ale nie żałujcie mnie przy czytaniu. Nie tego potrzebuję! Pragnę inspiracji, mocnego i szczerego uścisku dłoni, motywacji i spokoju.

Już w ubiegłym roku pojawił się wpis o tym, że mimo przeciwności losu czuję w sobie moc. Tak naprawdę trochę wtedy przedobrzyłam… Nie zdawałam sobie specjalnie sprawy z tego co się faktycznie dzieje. A działo się działo. Ja tu pisałam o smakowitościach, próbowałam relaksować się przetworami, a tak naprawdę słabo mogłam cokolwiek jeść. Czasem dopadała nie ogromna chęć na słodkości, potrafiłam pochłonąć 3 pączki na raz, do tego nawet dokładałam batonika. I robiło się lepiej. Ale nie nie nie, nie będę pisać o problemach z wagą, nadwagą ani niedowagą. Problem tkwił gdzie indziej, ale słodkie szaleństwo było jednym z subtelnych objawów.

Kiedy zdecydowałam się na prowincjonalne zaangażowanie wiedziałam, że przewartościowanie dotychczasowego życia może nie być łatwe. Ale wyobraźcie sobie, że nie brak wygód rodem z cywilizowanego świata sprawił mi psikusa. Palenie w piecu, woda ze studni, czy wizyty w wychodku traktowałam jako doświadczanie kultury ludowej, która podobno już dawno temu umarła. Traktowałam moją przeprowadzkę, jako etnografię doświadczalną, a każdą trudność komentowałam: „badania, badania…” Puszczałam oczko do moich nowych doświadczeń.

Trudniej było w innych sprawach, takich właśnie cywilizowanych. Problemy w pracy i związane z tym przeróżne perturbacje, na które spuszczę zasłonę milczenia, dały mi do wiwatu. I tak oto trafiłam w ręce specjalisty od duszy. Ból całego ciała, ciągłe napięcie, niedyspozycja, brak koncentracji i wiele innych objawów, takich jak chociażby nieustająca senność nie pozwalały mi normalnie funkcjonować. Pan doktor, z którym spotykam się regularnie pomaga mi wyjść na nowe tory, dalej prowincjonalne, ciekawe i wspaniałe. Depresja, a w zasadzie epizod depresyjny, a tak naprawdę uświadomienie sobie tego i podjęte w porę dobre decyzje dały mi kopniaka. I nastał czas zmian.

Bo o to chodzi, by coś się działo, by iść na przód z podniesioną głową, przez błoto, przez zaspy, ważne by wchodząc do domu otrzepać porządnie buty.

Kolejna lekcja za mną. Nie zapycham się pączkami ze sklepu, objadam się własnym makowcem, pysznymi obiadami, które sama robię. Lubię nawet obierać ziemniaki. Przy depresji organizm ma problem z, nazwę to bardzo prosto, krążeniem serotoniny – hormonu szczęścia. A podobno sposobem na jej przyswajanie jest tzw. 3 x S, czyli: słodycze, seks oraz słońce. Niech Wam tego nie zabraknie w tym roku i w ogóle!

Żeby nie było zbyt nadęcie i markotnie, dziś z braku słońca i męża (bo pojechał do miasta) dostarczę sobie słodyczy karnawałowo i tradycyjnie. Zamierzam pierwszy raz w życiu przygotować faworki, zwane też w moim rodzinnym domu chrustem. Przepis tym razem nie od teściowej, ale od mamy, która faworki robi znakomite.

3 szklanki mąki
5 żółtek
4 łyżki gęstej śmietany
łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżki spirytusu (ewentualnie octu)



Składniki wymieszać i ugnieść jednolite ciasto, które następnie (co sprawia niezwykłą frajdę) ubijać wałkiem. Wyrobione i gładkie ciasto przykryć ściereczką i odstawić na ok. 15 minut. Następnie podzielić na części i cieniutko rozwałkować. Kolejny etap to też niezła i odprężająca zabawa. 



















Wycinamy długie prostokąty, w których robimy wycięcie. Przewijamy, zawijamy i tworzą się takie ładne surowe faworki, jak na zdjęciu. Gotowe wrzucamy na gorący tłuszcz. Tradycyjnie na smalec. Ja miałam w domu jedynie olej, użyłam go, a faworki wyszły niczego sobie. Następnym jednak razem spróbuję smażyć je na smalcu. Wystarczy chwila, by w gorącym tłuszczu faworki urosły i zarumieniły się. Wyjmujemy je wówczas na naczynie wyłożone papierem, który wchłonie nadmiar tłuszczu. Po ostygnięciu tylko posypujemy cukrem pudrem. Smakowite chruszczące zawijasy świetnie poprawiają nastrój. Polecam.


Życząc Wam smacznego, chcę napisać jeszcze jedno. Jeśli ktoś Wam kiedyś powie, że Wasze problemy to nie są prawdziwe i poważne problemy zastanówcie się, czy taka osoba zasługuje na Waszą uwagę. Problemy są niemierzalne, nie można ich zważyć jak mąki. Ważne jest to co czujesz, ważne, by mieć przy sobie osoby, które wspierają, a nie tylko komentują, pouczają i wiedzą lepiej. Dbajcie o siebie i nie dajcie się!
Zajadajcie faworki i zaglądajcie na Prowincję!


3 komentarze:

  1. Problemy są niemierzalne... jakie to prawdziwe... dziękuję Olu za ten wpis :* Życzę siły!

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozdrawiamy serdecznie i życzymy zdrowia i samorealizacji

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję Kochani, mam nadzieję, że niedługo będę pisać więcej i tematy będą radosne, trochę więcej o ludziach na Prowincji, o poetach i poetkach też chciałabym coś napisać, jeśli zechcą :) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń