14.12.2019

Narobić sobie bigosu, czyli tradycyjny bałagan w garnku

Nie ma świąt bez bigosu. W zasadzie tak mogłabym zakończyć ten wpis i przejść do przedstawienia mojej receptury. Ponieważ byłoby to mało eleganckie, zdradzę Wam o bigosie kilka tajemnic. Bigos pojawiał się zawsze na stołach imieninowych, urodzinowych i przy każdych ważniejszych okolicznościach rodzinnych. Garnek aromatycznego, soczystego i gorącego dania mieści w sobie nie tylko smak, ale również wiele wspomnień – wesołość imienin rodziców, uśmiech dziadków, podjadanie ukradkiem, choć nikt nigdy nie zabraniał zaglądać do garnka. I ten smak, gdy wracałam na weekendy w czasie studenckim, a nawet i teraz. Czekał na mnie bigos zawsze, no i z bigosu gorąca kiełbasa. Smak i zapach moich powrotów do domu. Kulinarny wehikuł czasu! Mało dietetyczne danie, ale warte grzechu.

Bigos kocham. Teoretycznie, praktycznie, jakkolwiek by nie powiedzieć.

Bardzo często przygotowywałam bigos, kiedy mieszkałam na prowincji. I chyba wtedy wychodził mi naprawdę dobry, tym bardziej, że gotowałam go na kuchni opalanej węglem, a potem „dochodził” w duchówce. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że bigos był u nas zawsze. Czyli zawsze świętowaliśmy. Na samą myśl cieknie mi ślinka. Tym bardziej, że na prowincji sami kisiliśmy kapustę, więc zapasów mieliśmy sporo. A taka kapusta smakuje przecież zupełnie inaczej niż ta kupna.





Mój bigos musi być: soczysty, pachnący grzybami, z dużą ilością mięsa. Na każdym etapie przygotowania smakuje świetnie, dlatego trzeba pilnować, by nie został zjedzony przed podaniem na stół.


Do bigosu potrzebujemy:
  • Kapustę kiszoną, najlepiej swojską.
  • Mięsa, różne rodzaje. Może być karkówka, biodrówka, chudy boczek. Ważne, by do bigosu, potrawy szlachetnej, wkładać najlepsze kawałki mięsa. Muszą być soczyste, więc musi w nich być troszkę tłuszczyku. W bigosie nie sprawdzi się suchy schab! Pamiętajcie, że tłuszcz (zawsze w umiarze!) jest nośnikiem smaku. I na Boga, nie wrzucajcie do bigosu skrawków wędlin, które można kupić w sklepie pod nazwą „bigosowe”. Takie zachowanie to bluźnierstwo!!!
  • Suszone śliwki bądź powidła śliwkowe domowej roboty.
  • Grzyby suszone.
  • Opcjonalnie można dodać odrobinę wytrawnego wina.
  • Przyprawy: ziele angielskie, pieprz, liść laurowy.
Nie dodaję koncentratu pomidorowego, choć wiem, że są jego zwolennicy. No, ale to w końcu mój bigos!

Kapusty nawet specjalnie nie płuczę. Chyba, że jest piekielnie kwaśna, wtedy można. Raczej siekam na drobniejsze kawałki, choć też nie zawsze. Wkładam do brytfanny, głównie w tej brytfannie gotuję bigos na święta. Już na tym etapie mogę włożyć do kapusty suszonych śliwek. Grzyby, całkiem sporo, bo one wzbogacają smak i nadają kolor tej zacnej potrawie, zalewam wrzątkiem, żeby puściły smak i uwolniły kolor. Wymoczone, podgotowuję w tym wywarze. Następnie grzybki razem z grzybową wodą dodaję do kapusty. Teraz można postawić ją na ogniu i rozpocząć gotowanie.

W tym momencie zaczynam przygotowywać mięso, które opłukane i wysuszone, posolone i obsypane pieprzem podsmażam na patelni. Takie właśnie podsmażone wykładam na wierzch kapusty, dodaję przypraw – kilka ziarenek ziela angielskiego i liścia laurowego.

To najlepszy czas, żeby zakryć przykrywką wypełnioną brytfannę i zmniejszyć ogień. 

Odtąd czas pracuje na korzyść potrawy. Bywa, że najlepszy jest trzeciego dnia.
Ponieważ w początkowej fazie w garnku jest sporo płynu – grzybowej esencji pomieszanej z kapuścianym sokiem – nie ma obawy, że potrawa się przypali. Żeby smaki przechodziły się równomiernie należy bigos gotować powolutku – od czasu do czasu mieszając. Kiedy soki się w połowie zredukują można dodać powideł śliwkowych. Ich delikatna słodycz złagodzi smak kwaśny. 
W tym momencie można również dodać kieliszek, lub więcej czerwonego wina. Słyszałam, że dodaje się piwa lub jeszcze mocniejszego trunku. Można spróbować. Ja winem wolę popijać przygotowany już bigosik. Dla mnie w tej potrawie najważniejsze są przechodzące przez siebie smaki kapusty, grzybów i mięsa. Reszta ma jedynie podkreślić smak, być dopełnieniem.
            Oczywiście, bigos, który znamy dziś jest potrawą nową, historycznie rzecz ujmując. W staropolskich recepturach na bigos próżno szukać kapusty. Taki, jaki opisałam, nie był znany Sobieskiemu, ale już przez Mickiewicza  powinien być akceptowalny. W końcu bigos opisany w Panu Tadeuszu wydaje się być tak znajomy:

W kociołkach bigos grzano. W słowach wydać trudno
Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną;
Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek,
Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek.
Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,
Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.
Przecież i bez tych przypraw potrawą nie lada
Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.
Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,
Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta;
Zamknięta w kotle, łonem wilgotnym okrywa

Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;
I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie
Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie
I powietrze dokoła zionie aromatem.




Na koniec - kiełbasa. Nie chodzi o to, by dodawać bigosowi smaku kiełbasy, ale by kiełbasa przeszła smakiem bigosu. 

A jaki Wy macie patent na bigos? Piszcie, dzielcie się, komentujcie...

Ściskam Was przedświątecznie





06.12.2019

Przedświąteczne rytuały i kultowa zupa grzybowa







Dreszcze mnie przechodzą, kiedy pomyślę sobie, że dla moich dzieci jestem już innym pokoleniem i generalnie na wielu rzeczach to się nie znam. Teraz już wiem, jak się mogli czuć moi rodzice, doskonale pamiętam, co mogłam sobie myśleć o czterdziestolatkach, kiedy byłam w wieku wczesnonastoletnim. Zgroza… Na szczęście w okresie przedświątecznym ratuje mnie myśl o przygotowaniu świąt, drobne rytuały, które układają w całość bożonarodzeniową układankę.





Na początku kalendarz adwentowy… Z dzieciństwa, w którym, królowały słodycze czekoladopodobne, kolorowy kalendarz z Niemiec był prawdziwym marzeniem. Ja chyba nigdy takiego nie miałam, ale moja kuzynka owszem. Lubiłam oglądać to kolorowe pudełko, tyle barwnych rysunków, tyle detali. Ten kalendarz tak pobudzał moją wyobraźnię, mogłam się w niego gapić, jak później w choinkę – bez przerwy. Dziś kupne kalendarze są wypierane przez robione własnoręcznie. Są nie tylko kolorowym pudełkiem z czekoladkami, ale przedświąteczną dekoracją, elementem wystroju wnętrz, motywacją. Szczerze żałuję, że jeszcze nigdy nie zrobiłam własnoręcznie takiego kalendarza, ale wszystko przede mną. Mam nadzieję na jeszcze niejedną „gwiazdkę”.






Dziś mikołajki, kto nie lubi tego dnia? Ja bardzo lubię. W moich rodzinnych stronach prezenty mikołajkowe dzieci znajdują pod poduszką. Zazwyczaj są to symboliczne upominki, najczęściej słodycze. W Toruniu poznałam zwyczaj przynoszenia prezentów do buta. Dzieci wieczorem przed Mikołajkami czyszczą buty, ale i sprzątają w pokojach, starają się być grzeczni… Lubię te poranne zadziwienia i radości. Bardzo.






Czekałam na 6 grudnia jako dziecko, nastolatka i teraz jako mama też. Bo to początek magicznego czasu, oczekiwania na święta, szukania prezentów, myślenia o dekorowaniu domu, o spotkaniach i o smakach wigilijnych. To czas, moglibyśmy powiedzieć hygge, czyli po naszemu czas relaksu, przytulności i bliskości. Tak właśnie sobie ten czas wyobrażam, tak sobie ten czas kojarzę, wspominam i planuję.



Mimo, iż święta spędzamy poza prowincją, nie zamierzamy pozbyć się przytulnego rustykalnego klimatu, trzaskającego ognia w kominku, żywej wielkiej choinki, domu całego z zapachach. Wigilię spędzimy rodzinnie. Będzie  dużo śmiechu i smakołyków, i pewnie też ulubione programy i filmy w TV.

Za czym co roku tęsknię najbardziej i na co czekam szczególnie? Na zupę grzybową mojej mamy. W wigilię pachnie i smakuje najlepiej na świecie. Grzybów w moim rodzinnym domu zawsze było i jest dużo, bo rodzice uwielbiają chodzić po lesie, zbierać grzyby, które następnie w ogromnej ilości są przetwarzane, głównie marynowane i suszone. Kocham to. Wielkie pięciolitrowe słoje suszonych – oddzielnie kapelusze, oddzielnie ogonki. A w spiżarce: malutkie, zgrabniutkie, pięknie opisane i ozdobione słoiczki z grzybkami w occie. Rarytasy!!!




Takie moje szczęście – spiżarnia mojej mamy karmi nas wybornie, każda wizyta kończy się wyśmienitym zaopatrzeniem. Kto był, ten wie!

Wracając do zupy grzybowej, krótki opis przygotowania tej cudnej pachnącej lasem świątecznej potrawy. 

Składniki:


  • grzyby suszone, 
  • woda, 
  • cebula, 
  • masło, 
  • pieprz, 
  • sól, 
  • śmietana. 
Grzyby – zacna ilość – jeśli mamy grzyby suszone nie żałujmy ich do tego wywaru (sic!) gotujemy je w osolonej wodzie, do garnka wkładamy też cebulę lub dwie – w całości. Ja cebulę lekko nacinam, by się nie rozwaliła, ale żeby puściła soki i wzbogaciła aromat naszego rarytasu. Do wywaru dokładamy pieprz w kulkach oraz masło – sporo prawdziwego masła. I tak sobie ten wywar na malutkim ogniu dochodzi. Powolutku, bez pośpiechu, po prostu slow. Kilka godzin, jak najlepszy rosół.

Ostatni etap, zanim zagęścimy grzybowy wywar śmietaną, to wyjęcie części ugotowanych grzybów. Można je wykorzystać do farszu (np. do pierogów), czy jakkolwiek. Żeby śmietana nam się nie zważyła – należy lekko ostudzić zupę lub śmietanę lekko ogrzać. Można też jeść bez zabielania, ja jednak od czystej grzybowej wolę kremową, śmietanową.

Co do zupy? To zawsze jest intrygujący temat. W moim domu tradycyjnie do grzybowej podawało się kaszę gryczaną, kleistą, która po ugotowaniu można było kroić albo kaszę jaglaną. Jako że jestem tradycjonalistką – zawsze do grzybowej podaję te dodatki. Wszyscy tak lubią. Tylko o kleistą gryczaną coraz trudniej.

Są osoby, które wolą zupę z kluseczkami, makaronem albo łazankami. Napisałabym jeszcze, że są tacy, którzy zupę podają z ziemniakami, ale nie - na moim stole w wigilijną noc ziemniaków nie zobaczysz. One tego dnia zwiastują biedę i chorobę. W wigilię ziemniakom, pyrom, grulom, kartoflom mówimy "nie".


Pamiętajcie, że możecie teraz on-line czytać stare książki kucharskie i poradniki, takie jak ten poniżej. Wejdźcie na www.polona.pl, a tam znajdziecie prawdziwe rarytasy!










Przed nami kilka tygodni przygotowań. Sprzątania, pieczenia, gotowania, krojenia, zakupów, ubierania choinki, strojenia domu. Wszystko takie piękne i sielskie. Życzę Wam, żeby nie wyprowadziło Was to z równowagi i by przyniosło magię. Magię świąt.


24.11.2019

Kluski śląskie


Nigdy nie byłam na prawdziwym śląskim obiedzie. A kluski śląskie jadłam pierwszy raz na weselu mojego kuzyna, w centralnej Polsce. Dziwne wydawały mi się wtedy, podane z sosem pieczarkowym. Minęły lata zanim doceniłam ich smak.

Dzisiaj zmierzyłam się z tradycyjnym przepisem po raz pierwszy. W końcu dziś niedziela, dzień, kiedy mam ochotę, czas i siłę pobawić się w kuchni. I przy okazji zrobię odświętny tradycyjny obiad. Może mało dietetyczny, ale na późną jesień i spadek formy jak znalazł.

Przepis jest niezwykle prosty. Wystarczą:
Ziemniaki,
Mąka ziemniaczana,
Jajko.


Ziemniaki gotujemy i przeciskamy przez praskę albo ugniatamy, czy mówiąc jeszcze inaczej – dukamy. Najlepiej nie czekać z tym, aż pyrki ostygną. Ciepłe przeciśnięte przez praskę są jeszcze puszyste. Dopiero teraz studzimy.


Kiedy nasze utłuczone ziemniaczki ostygną wybieramy ¼ ziemniaków i w to miejsce wsypujemy mąkę ziemniaczaną. Dodajemy jedno jajko i wszystko mieszamy i ugniatamy na jednolitą, plastyczną masę. Fajne w tym cieście jest to, że dzięki skrobi ziemniaczanej nic nie przykleja się do rąk. Robienie klusek jest zatem bardzo przyjemne. Z małych kawałków robimy kulkę, którą lekko rozpłaszczamy, a na środku robimy palcem wgłębienie.


Przygotowane kluski wkładamy na wrzącą osoloną wodę. Po wypłynięciu, czekamy ok. 2 minut i wyciągamy.
Ot, cała filozofia. Trochę zabawy, a efekt… mniam!!!

Ta potrawa kojarzy mi się z kawałkiem mięsa i sosem. Sos jest konieczny, bo od tego są dziurki w kluskach – robią miejsce dla sosu. Mniam. Tradycyjnie pewnie podawane są z roladą, ja dzisiaj dusiłam karkówkę, do której dodałam dużo cebuli i grzybki suszone. Sos wyszedł bardzo aromatyczny, a mięso rozpływało się w ustach. Dopełnieniem były buraczki z przepisu, jaki znajdziecie na blogu tutaj. Chyba, że ktoś za buraczkami nie przepada, wówczas polecam ogórki kiszone, najlepiej z tego przepisu.


Myślę, a nawet jestem przekonana, że w wersji wegetariańskiej genialne są z sosem grzybowym albo pieczarkowym, a nawet z podprażoną cebulką. Raczej w wersji wytrawnej niż słodkiej. A wy jak sądzicie?

Kluski śląskie są wpisane na Listę produktów tradycyjnych, informacja o tradycji tutaj 

25.09.2019

Pyszna biedakuchnia, czyli tradycyjny wielkopolski pyrczok


Jesień na prowincji to najtrudniejsza pora roku. Dni są coraz krótsze, a roboty do zakończenia prac polowych bardzo dużo. Trzeba zebrać plony. Jednym z najważniejszych był i jest ziemniak, który od XIX wieku się doskonale zadomowił na polskiej wsi. Są regiony, które bardziej niż inne są kojarzone z ziemniakiem. Nie pisze tu o Podlasiu, bo od tego regionu specjalistką jest Joanna Jakubiuk. Opowiem o pysznym fragmencie kuchni wielkopolskiej, z którym postanowiłam się dziś zmierzyć.

źródło: polona.pl

Tradycyjna kuchnia wiejska od XIX wieku opierała się na ziemniakach. We wszystkich zaborach, we wszystkich regionach ziemniaki wiodły prym. Były energetyczne, łatwe w uprawie, dzięki nim można było wykarmić zarówno ludzi jak i zwierzęta hodowlane. W zależności od regionu powstawały potrawy charakterystyczne dla danej społeczności. Charakteryzowały się sposobem przyrządzenia, dodatkami, przyprawami oraz nazwą. W województwie wielkopolskim powszechne jest używanie słowa pyra. Od tego słowa pochodzi też nazwa potrawy, jaka od pokoleń, po dzień dzisiejszy jest przygotowywana w Wielkopolsce, między innymi na terenach powiatu tureckiego.

Jest to pyrczok, danie z długa historią i tradycją.  W wydanej przez Turkowską Unię Rozwoju publikacji Zbiór Wyrazów dawnych i zapomnianych na ziemi Tura używanych, znajduje się definicja potrawy: „Pyrczak (także pyrczok) rodzaj tradycyjnego, pieczonego w brytfannie placka ziemniaczanego ze skwarkami; słowo określające także nazwę zwyczaju pieczenia pyrczaka na zakończenie kopania i zbioru ziemniaków.”[„Zbiór wyrazów dawnych i zapomnianych na ziemi tura używanych”, Turek 2015, s 46].

Pyrczok to nie tylko zwykła potrawa, ale funkcjonujące w określonym kontekście zjawisko. Tradycyjnie przygotowywało się go jesienią, w okresie wykopek. Na dawnej wsi, był to ważny czas, w którym zawiązywało się relacje sąsiedzkie. Jeden sąsiad pomagał drugiemu. W czasach, kiedy wieś nie była zmechanizowana, wykopki odbywały się za pomocą jedynie ludzkich rąk. Mieszkańcy miejscowości chodzili od sąsiada do sąsiada i wspólnie kopali ziemniaki na każdym z pól. Praca kończyła się rytuałem opisanym następującymi słowami: „Na zakończenie wykopek: jak już były kartofle pokopane, to tu tego co my kopali, to ten robił pyrczok. I wtedy było „grane”. Ile tam było panien! Każda się pomyła i były placki popieczone z kartofli. To były właśnie pieczone tzw. Pyrczoki. W piecu na blasze! Tam jest i cebulka i jest pieprzu trochę, troszeczkę mąki, żeby to się trzymało.” (relacja ze wsi  Dziadowice, gm. Malanów) [„Cuda wianki”, red. Anna Leszczyńska, Turek 2014, s. 48].

źródło: polona.pl

Jest to danie pozornie proste, jednakże występuje na zakończenie pracy, dla zmęczonych i często zmarzniętych ludzi. Zapowiada też dobrą zabawę, zasłużoną po ciężkiej pracy. Potrawa występowała w wersji prostej, bezmięsnej, ale także w wersji bardziej bogatej: „Pyrczok, to jest ciasto podobne jak na plyndzę. Tylko, że się dodawało skwarki i różne dobre rzeczy, na przykład cebulę, kto co miał. Jak się upiekło same kartofle i jajko się wbiło, to też się zjadło. Ale bardzo dobry był jak się tam boczek dodało, bo kiełbasa była w tamtych czasach trudniejsza do zdobycia. Kto umiał sobie zrobić to miał, a mięso miał przecież każdy, bo świniobicie zawsze było na kopanie ziemniaków. To się te skwarki, boczek, cebulę i ziemniaki razem w piecu po chlebie zapiekało. (relacja Bądkowa Drugiego, gmina Przykona). [„Cuda wianki”, red. Anna Leszczyńska, Turek 2014, s. 48]. Do pieczenia pyr czoku wykorzystywany był gorący piec chlebowy, który był w przeszłości w większości domostw wiejskich.

Mój premierowy pyrczok przygotowałam w sposób następujący:


Co prawda na wykopkach  w tym roku nie byłam, pieca chlebowego nie posiadam, więc mój pyrczok nie był zbyt profesjonalny. Powiedzmy, to taka próbka, inspiracja tradycyjnym przepisem. Nie przygotowywałam całej brytfanny, bo po pierwsze: kto by to zjadł? Po drugie: czy będzie nam smakować? Po trzecie: czy wyjdzie jak trzeba? Do zapiekania użyłam małych kamionkowych naczyń, które kupiłam ostatnio w sklepie, w którym jest „najtaniej na świecie” albo „wszystko za dwa złote”.
Na tarce utarłam 3 ziemniaki, dodałam 1 jajko, sól i pieprz. Na spód naczynia położyłam podsmażone plastry boczku (wędzony i parzony), na nie wyłożyłam przyprawione solą i pieprzem starte ziemniaki z jajkiem, na wierzch położyłam resztę boczku przesmażonego z cebulką.



Jakie to proste?
Piekarnik rozgrzałam do 200 stopni,
Na wierzch naczynia położyłam folię aluminiową, żeby się nasza zapiekanka nie przypaliła od góry, ale żeby dochodziła w całości. Tradycyjny pyrczok jest pieczony w brytfannie z pokrywką!!!
Po 30 minutach zdjęłam folię i piekłam dalej około 30 minut. Czas ten można skrócić.
Boczek na moim premierowym pyrczoku troszkę zbyt mocno się zrumienił, ale i tak był pyszny.


Rekomenduję, by danie jeść na gorąco!
Następnym razem nie dodam jajka, tym razem zaszalałam.




23.09.2019

Puszyste naleśniki bananowe



Weekend to czas, w którym - bez codziennego pośpiechu - przygotowanie śniadania dla rodziny może być prawdziwą przyjemnością. 

Przyjemność mam ja matka, przyjemność mają również konsumenci moich śniadań. Zwłaszcza, jeśli na stole pojawią się ich ulubione smakołyki. Na przykład naleśniki, których wielbicielami są moje dzieci odkąd pamiętam. Ostatnio kilka razy zrobiłam również pankejki, czyli puszyste wersje naleśników (takich amerykańskich). A takie przyrządza się najłatwiej z bananami.


Zaczęło się od tego, że w misce straszyły banany, których skórka była już w plamki albo brązowa. Wiadomo, nikt się nad nimi nie zlituje i nie zje, bo takie nieapatyczne i na pewno zepsute…
Na nic teoria o niemarnowaniu żywności, na nic gadanie o zero waste. Brązowych bananów nikt nie zje. Chyba, że… są ukryte w cieście naleśnikowym.

Pierwszy raz zrobiłam je myśląc, że mogą nie posmakować, że sama będę musiała pochłaniać te smaczne kalorie. Nie musiałam, myliłam się. Naleśniki wyszły za pierwszym razem, odtąd robię je często, głównie w weekendy, a dzieciakom sprawia to frajdę.

Składniki:
2 dojrzałe banany
05 l. mleka
2-3 jajka
3 łyżki cukru
Szczypta soli
Cukier waniliowy (opcjonalnie)
Łyżeczka proszku do pieczenia
1.5 szklanki mąki


Najpierw miksujemy w blenderze banany z mlekiem, powstaje gęsta baza naszych naleśników. Mieszamy ją mikserem (na wolnych obrotach) z cukrem, jajkami, mąką (do której uprzednio dodajemy proszku do pieczenia). Ciasto powinno być gęste jak kwaśna śmietana.

Na rozgrzaną patelnię, posmarowaną delikatnie tłuszczem (olej albo masło), wlewam tyle ciasta, by usmażyć jednocześnie 3 małe naleśniki. Smażę do uzyskania złotego koloru (po obu stronach oczywiście).

Dojrzałe banany mają w sobie dużo słodyczy i aromatu, dlatego nie przesadzajcie z białym cukrem!!!


Gotowe placki można podawać z konfiturą. Dzieci lubią coś kwaskowatego, np. galaretkę czerwonej porzeczki, ja lubię z dżemem dyniowym. Podobno wybornie smakuje z syropem klonowym. Tutaj inwencja w Waszych rękach!

Sam fakt, że przepis zamieszczam na prowincji to zasługa mojej córki, która nalegała, że przepis powinien zostać tu opublikowany. W tym miejscu pozdrawiam wszystkie mamy szalonych nastolatek i nastolatków. Bananowe naleśniki powinny spowodować uśmiech na zadąsanych twarzach naszych podlotków!


Smacznego!


Ps. znikają z talerza tak szybko, że nie jestem w stanie zrobić porządnych zdjęć, to chyba najlepsza rekomendacja dla przepisu :)

13.09.2019

Piątek, czyli pyry z gzikiem


Może moja rodzina nie była dla mnie autorytetem w zakresie przestrzegania cotygodniowego piątkowego postu. Zdarzała się wszak piątkowa kiełbasa, najlepsza z  bigosu, i inne rarytasy, ale jednak to z piątkiem i dzieciństwem kojarzę tradycyjne potrawy bezmięsne.

Najbardziej zapamiętany przeze mnie duet to gzik z pyrami w mundurkach albo inaczej pyry z gzikiem.
Nie ma nic prostszego. Obiad taki przygotowuje się w 15 minut.
Zastanawia mnie skąd pochodzi określenie „w mundurkach” dla ziemniaków ugotowanych w skórce. Najlepsze zawsze były te wyjęte prosto z parownika. Tak. Na wsi u babci, gdzie spędzałam większą część mojego dzieciństwa były świnie, specjalnie dla nich była przygotowana pasza na bazie parowanych ziemniaków, otrębów i czegoś jeszcze, czego nie pamiętam. Mnie jako dzieciaka i resztę moich kuzynów i kuzynek interesowały tylko ziemniaki - gorące, parzące w ręce. Miały też swój niesamowity zapach, inny niż ziemniaki gotowane w domu.




Kiedy parowanie w wielkim parniku kończyło się, ustawialiśmy się gęsiego i każdy z nas dostawał swoją porcję. Do tego było masło i sól. Łapkami obieraliśmy łupiny, smarowaliśmy masłem, soliliśmy… co to była za frajda. No i smak… Prosty i niezwykły za razem. Smak wakacji, smak beztroski, smak ziemi, w której się bawiliśmy całymi dniami. Kiedy teraz zamykam oczy i myślę o tych sytuacjach słyszę śmiech zgrai dzieciaków, szczekanie psa, żarty… Słyszę głos wsi Tomisławice. Mam przed oczami dziadka siedzącego na ławeczce pod wielkim jaworem i babcię stojącą na ganku. To był piękny, smaczny czas. Wszystko było takie proste, nawet smaki.

Wracając do piątkowego obiadu. Pyry już w zasadzie mamy. Jeśli ktoś nie ma wiejskiego parownika, wystarczy że ma garnek z przykrywką bądź szybkowar. Należy wybrać średniej wielkości ziemniaki, ważne, żeby były mniej więcej tego samego rozmiaru. Włożyć je, nieobrane [sic!] do garnka z gotującą się wodą, ale wody nie może być za dużo. Ważne, żeby się uparowały, a nie ugotowały. Zapełniony garnek przykrywamy pokrywką. Niech się parują, ok. 15-20 minut.
W tym czasie możemy przygotować gzik. Dopełnienie smaku.

Gzik to nic innego jak dobrze rozgnieciony twaróg (ja wybieram półtłusty), wymieszany z kwaśną śmietaną. Najlepiej zrobić twaróg samemu, podobno to nic trudnego. Ale wiadomo, że z dziś w sklepach mleko już nie takie. Jeśli kupujecie gotowy twaróg dobrze zakupić taki, który pochodzi z lokalnej mleczarni. Doprawiony do smaku solą i pieprzem, podaję w wariantach z czosnkiem lub drobno posiekaną cebulą. Bajkowo wygląda i smakuje również ze świeżym szczypiorkiem. Ale zieleninę można podać na oddzielnym talerzu i dodawać do gzika na sam koniec. Nie musi to być tylko szczypiorek, może być nać pietruszki, rzeżucha, rukiew wodna, kolendra, bazylia, cokolwiek Wam przyjdzie do głowy.


Po wymieszaniu nabiału mamy jeszcze chwilę. Możemy go włożyć do lodówki, zimny gzik lubię najbardziej.
Kiedy ziemniaki kończą się parować wyjmujemy je na miskę, kładziemy na stół, obok wykładamy gzik. Teraz tylko od nas zależy w jakich proporcjach będziemy dobierać składniki i jakich dodatków będziemy używać. Moja mama obierała wszystkie ziemniaki, ja tego nie robię, podaję w mundurkach, bo uważam, że to cały urok w własnoręcznym ich obieraniu. Do zestawu można podać masło, zawsze na stole powinna stać solniczka i pieprzniczka.


Takie to proste. I pyszne. Pewnie dlatego niezmienne od lat. Od pokoleń!

09.09.2019

Czas na demokratyczną sałatkę ziemniaczaną


Kiedy kończy się lato trochę mi smutno, to nic dziwnego i pewnie większość z Was ma podobne przemyślenia...  Nie ukrywam jednak, ze w tym roku na myśl o jesieni oddycham z ulgą, bo upały zmęczyły mnie niemiłosiernie. Podczas skwaru nie mam ochoty jeść, a co dopiero krzątać się po kuchni i myśleć o niej twórczo. Cieszę się na koniec lata i początek jesieni, bo kulinarnie jest to piękny czas. Doceńmy to :)

Podczas tego lata najchętniej jadłam chłodniki. Nic odkrywczego dla wielu z Was i dla moich najbliższych również. Latorośle za chłodnikami nie przepadają, dlatego musiałam kombinować dania, przy których nie musiałam spędzać godzin nad gorącymi garami.




Były więc często sałatki. Jedną, którą zrobiłam na szybko któregoś upalnego dnia, dzielę się dziś z Wami, bo podbiła moje, mojej rodziny i znajomych serca, a raczej podniebienia. Jest dziecinnie prosta, orzeźwiająca i smaczna, i kolorowa.  
I ma tylko 4 składniki:

ziemniaki ugotowane w mundurkach
cebula czerwona
ogórki kiszone 
koperek

olej, sól, pieprz, opcjonalnie wyciśnięty czosnek.

Nie podam wam proporcji, bo to kwestia indywidualna. Najwięcej objętościowo jest ziemniaków, dlatego sałatka nosi nazwę ziemniaczanej. Reszta tak naprawdę tę sałatkę doprawia. To Ty decydujesz ile dodasz ogórków i reszty!!!




Ziemniaki wybieramy sałatkowe, takie, które się nie rozsypią po ugotowaniu. Ja od dwóch lat kupuję od rolnika na ryneczku galę i bardzo nam smakuje i do sałatek nadaje się idealnie. Zawsze do sałatek najpierw gotuję ziemniaki w mundurkach. Tak sobie stygną, potem je obieram i kroję jak już są zupełnie zimne. Pokrojone ziemniaki wkładam do miski i dodaję oleju, żeby się za bardzo nie posklejały. To nam ułatwi wymieszanie sałatki na dalszych etapach.

Kolejno dodaję:

  • drobno pokrojone ogórki kiszone, własnoręcznie przygotowane latem,
  • czerwoną cebulę bardzo drobno siekaną,
  • na koniec posypuję wszystko świeżym koperkiem, który kocham bezgranicznie.




Teraz pozostało nam wymieszanie wszystkiego i doprawienie solą pieprzem, ewentualnie wyciśniętym świeżym czosnkiem. Teraz czas włożyć sałatkę na kilka godzin do lodówki, żeby smaki się przegryzły.




Nie dodaję majonezu, choć można by było. Lubię wersję light, fit, czy jak to nazwać :). Lubię tą wersję prostą, bo choć składa się tylko z czterech składników jest charakterna. 

To sałatka demokratyczna, to Ty decydujesz jakie będą proporcje ogórka do ziemniaka i cebuli. Życzę, żeby balans został zachowany :) Życzę również dużo koperku, bo on pomaga w ewentualnej niestrawności.

Smacznego.

26.07.2019

Leniwe, na koniec tygodnia


Przychodzi ten czas, wyczekany piątek, godzina 15.30. Wracasz do domu. Przed Tobą weekend, wiesz, że chcesz go dobrze zacząć. Jeśli dobrze, to i smacznie.

Piątek to tradycyjnie dzień postny. Co prawda, odkąd mamy w domu wegetariankę mięsa ci u nas jak na lekarstwo. Zwłaszcza w taką pogodę. Staram się jak mogę robić obiady sama, nie używać półproduktów i gotować tradycyjne dania. Staram się gotować potrawy, które z radością zjedzą moje dzieci. Czasem sięgam po przepisy babci, mamy, teściowej, lekko je odchudzając, podaję je moim bliskim z czułością.

Dziś też. Drżały mi ręce i mocno biło serce, bo zmierzyłam się z przepisem teściowej. Pierogi leniwe, które robi na specjalne zamówienie dla moich dzieci nie mają konkurencji. Ja nigdy wcześniej ich nie robiłam, dziś zatem miały premierę w mojej kuchni.
To kolejny prosty przepis, choć nieco bardziej wymagający niż zaproponowana ostatnio potrawka z cukinii i marchewki.

Do pierogów leniwych potrzebujesz :
Twarogu - 250 g,
2 jaja,
Szklankę mąki,
Sól,
Masło,
Bułka tarta.

Białka jaj ubijamy na sztywną pianę.
Żółtka ucieramy z twarogiem. Do utartej masy dosypujemy mąkę, wyrabiamy, na koniec delikatnie łączymy z ubitym białkiem, odrobinę solimy. Ten proces wykonujemy w misce, będzie wygodnie.


Ciasto wykładamy na stolnicę. Oczywiście potrzebujemy jeszcze mąki, żeby podsypać pod klejące się trochę ciasto. W razie potrzeby dosypujemy mąki do ciasta. Dzielimy je na części, wałkujemy, kroimy tak jak kopytka, można w kostkę, kto jak lubi. Ja zrobiłam leniwe a’la kopytka. Wkładamy na wrzącą osoloną wodę, po wypłynięciu gotuję je jeszcze ok. 3 minut. Odcedzamy, podajemy, jemy.


Można je polać masełkiem, jeść w wersji wytrawnej albo na słodko.
U mnie dziś były z cukrem, cynamonem i bułką tartą i świeżą miętą. Były doskonałe, ale trochę za mało. Dzieci zjadły wszystko, mi zostały tylko 3. Następnym razem podwoję proporcje. Podany przepis wystarcza dla dwóch nienażartych nastolatków.


W kuchni lekki nieład, ale warto. W końcu przed nami cały weekend, można posprzątać w spokoju, nikomu się nie spieszy.
Smacznego.