16.09.2022

Jak powidła to tylko z Doliny Dolnej Wisły. Święto Śliwki w Strzelcach Dolnych



Dla poety jesień zaczyna się mimozami… Dla mnie śliwkami, bo najlepsze śliwki zbiera się i przerabia tuż po wakacjach. Powietrze pachnie wówczas wilgocią, a o poranku i o zmierzchu można się spodziewać mgieł. Słonko jest na niebie z dnia na dzień coraz krócej, a wieczory nie dość, że są dłuższe to jeszcze wyczuwalnie chłodniejsze. 



Ale kulinarnie jesień to królowa wszystkich pór roku. To ona daje nam plony, które możemy obrabiać, przerabiać, pakować do słoików, przetwarzać, by zimą nie dokuczył nam mały ani duży głód. Kiedy ostatnio krzątałam się w kuchni, wśród aromatów smażonych powideł, bulgoczącego się przecieru pomidorowego i pieczonej papryki pomyślałam po młodzieżowemu, że jestem kulinarną jesieniarą. Kuchnia jesienią wprowadza mnie w bardzo dobry nastrój. Po chwili weszła do kuchni moja młodsza nastoletni pociecha, nabrała na łyżkę odrobinę gotujących się przetworów, przełknęła i powiedziała dokładnie to samo: kulinarne jesieniarstwo :) Uśmiechnęłam się pod nosem, to jest właśnie smak szczęścia.




Jesienią w regionie jest całkiem sporo kulinarnych wydarzeń. Nie wspominam dożynek, bo one zasługiwałyby na osobny wpis, w ogóle na osobne miejsce na blogu i nie tylko. Jesienią zaczynam swoje kulinarne wojaże od Święta Śliwki. Wszystkich imprezę nie obskoczę, ale obserwuję relacje publikowane przez innych miłośników lokalnego jedzenia i zawsze ślinka mi cieknie.

Tradycyjnie, w pierwszy weekend po wakacjach pakujemy się do auta i jedziemy do pięknej położonej w dolinie Wisły miejscowości Strzelce Dolne. Kawałek za Bydgoszczą na polach witają nas: korki, a potem kilka wielkich, zapełnionych po brzegi parkingów. Tak, od lat impreza, którą organizuje społeczność lokalna, na czele z Anną i Janem Iwanowskimi, ma rzeszę fanów. Ludzie kłębią się na terenie festynu, chodzą od stoiska do stoiska i degustują, targują się i kupują. Można powiedzieć, że asortyment jest bardzo zróżnicowany. Od góralskich kapci i oscypków, przez przyprawy, słodkości, pieczywo, wędliny, sery, rękodzieło, rośliny, po to co najważniejsze w te dni: śliwki i powidła.



Mówi się, że cała Dolina Dolnej Wisły jest krainą historycznie owocową. Na polach wzdłuż Wisły zakładano sady owocowe, a plony sprzedawano w postaci surowej bądź przetworzonej. W Strzelcach Dolnych przeważają sady śliwkowe i to właśnie z tych owoców - przede wszystkim węgierek mieszkańcy przygotowują powidła, smażąc je w tradycyjnych miedzianych kotłach na żywym ogniu ogniska.





Takie widowisko możemy oglądać kiedy pojedziemy do Strzelec. Gospodynie, które chodzą wokół kotła i wielki drewnianym mieszadłem, tzw. bocianem mieszają, zapobiegając w ten sposób przypaleniu. Cały proces smażenia powideł trwa kilka ładnych godzin. Sęk w tym, żeby nadmiar soku się zredukował a powidła miały odpowiednią gęstość i konsystencję. W Strzelcach Dolnych powidła robi się w dwóch wersjach - z cukrem i bez cukru. Produkt ten, opatrzony nazwą Powidła Strzeleckie może sprzedawać jedynie 9 zrzeszonych gospodarstw. Możemy na straganach kupić również inne przetwory, jednak nas przyciąga zawsze te jedyne w swoim rodzaju lokalne śliwkowe przetwory.




Powidła tradycyjnie smażono w wielu miejscowościach wzdłuż Wisły, na terenie Zespołu Parków Krajobrazowych nad Dolną Wisłą. Tradycyjnie przechowywano je w kamionkowych słojach, wcześniej zapiekając w piecach, by na wierzchu pojawiła się skorupa zapobiegająca zepsuciu rarytasu - tworząca naturalne wieko. Ależ o musiał być zapach rozchodzący się po wsiach, po chatach, w których nie tylko smażono powidła, ale również suszono owoce. Do tego zapach pieczonego chleba i jego smak. Smak gorącego chleba ze świeżym, rozpływającym się masłem, a na nim najprawdziwsze powidła… Niebo w gębie.


Śliwka i inne drzewa owocowe, które rosną na terenie Doliny Dolnej Wisły zawdzięczamy osadnikom olenderskim, mennonitom, którzy w XVII wieku zaczęli osiedlać się na tych terenach. Przed ich pojawieniem się ziemie te nie były użytkowane ze względu na bliskość rzeki i częste zalewanie pól. Przybywający z terenów obecnej Holandii dobrze sobie z wodnym żywiołem poradzili, umożliwiło im to między innymi zasadzenie tysięcy drzew owocowych, które stały się symbolem tego malowniczego terenu. Tradycja sadownicza była przez wieki kontynuowana. Śliwy, jabłonie, grusze, czereśnie były uprawiane, owoce przetwarzane, suszone, dodawane do potraw, wypieków. I choć z krajobrazu większość przydomowych sadów zniknęła, pamięć o niech jest wciąż żywa. Między innymi dzięki takim wydarzeniom jak Święto Śliwki.



O tradycji smażenia powideł możecie jeszcze poczytać na stronie Ulotnych Tradycji, znajdziecie tam ciekawostki, przepisy, ciekawe historyczne, archiwalne ilustracje, historyczne i współczesne odniesienia. Serdecznie polecam, a tymczasem idę zjeść pajdę świeżego chleba z masłem i powidłami.




O domowych powidłach pisałam już wcześniej, więc możesz śmiało wrócić do tego postu. Mam nadzieję, że Cię zainspiruje i sprawi, że przygotujesz takie w zaciszu swojej kuchni.

Pamiętajcie, że powidła nadają się nie tylko jako smarowidło do chleba. Warto je mieć i trzymać do grudnia, by dodać je do świątecznego regionalnego piernika - brukowca kujawskiego.


31.08.2022

Letnie spotkanie z Mieczysławem Babalskim. Mąki, kasze, makarony i inne ekologiczne rarytasy z kujawsko-pomorskiego


Sierpniowym popołudniem z całą rodziną wybraliśmy się na przejażdżkę do Pokrzydowa, urokliwej wioski w województwie kujawsko-pomorskim. Znajduje się ona w gminie Zbiczno, niedaleko Brodnicy. Korzystaliśmy z wakacji w Bachotku, a stamtąd to tylko kilka kilometrów. O miejscowości i mojej miłości do Pojezierza Brodnickiego już pisałam, więc można powiedzieć, że to kolejna odsłona mojego romansu z tym miejscem i jego smaczkami. Mieliśmy wielkie szczęście spędzić kilka chwil z człowiekiem, od którego emanuje wielka miłość do tego co robi, ogromny szacunek do natury. Wszystko to przekłada z czułością na pracę własną i pracę innych, tym samym wpływa na wysoką jakość produktu.


Pojechaliśmy, by zrobić zakupy w sklepie z ekologiczną żywnością w wytwórni BIO Babalscy. Nigdy wcześniej tam nie byliśmy, dlatego z wielką ekscytacją ruszyliśmy na tę wyprawę. Przechodząc przez bramę, minął nas sam właściciel i twórca marki, który w wiaderku niósł dla swoich zwierząt obierki od jabłek. Ucieszył się na nasz widok, widok klientów i kulinarnych turystów. Z wielkim zaangażowaniem zaczął opowiadać o miejscu. Najpierw zwrócił naszą uwagę na roznoszący się aromat. Okazało się, że właśnie dobiega końca proces palenia kawy orkiszowej. Mieliśmy okazję zobaczyć, jak wygląda ziarno, które wysypane ze specjalnie sterowanego elektronicznie pieca, przesypane do skrzyń jest chłodzone, a właściwie gaszone. Temperatura takich ziaren wynosi 200 stopni, by się nie zapaliło należy je schłodzić wodą. Woda od razu wyparowuje, więc widok chmury unoszącej się nad kawą jest zachwycający.



Nigdy wcześniej nie próbowałam kawy orkiszowej, tym bardziej nie byłam świadkiem procesu wypalania takiej kawy. Unoszący się zapach i obserwacja procesu gaszenia ziaren rozbudziły nasze apetyty.



Zostaliśmy oprowadzeni po firmie, a Pan Mieczysław opowiadał o jej historii i teraźniejszości. Widzieliśmy ziarna samopszy, płaskurki, które czekały na dalszą obróbkę, obserwowaliśmy ludzi przy pracy, maszyny, tradycyjne i nowoczesne maszyny. Poczuliśmy dobrą energię tego miejsca.


W pracę jest już zaangażowane nowe pokolenie Babalskich. Świadectwem jest świetna książka, którą otrzymałam od Pana Mieczysława - książka kucharska, w której znajdują się przepisy nadesłane przez osoby, które u Babalskich robią zakupy.




Pomysł jej wydania wyszedł od Syna pana Mieczysława. Jest to świetne świadectwo połączenia tradycji z nowoczesnością, a także dowód na to, że można pięknie budować relacje zarówno w rodzinie, jak i w biznesie. Dawno nie spotkałam człowieka, który wygląda na tak spełnionego i który z taką dumą i jednocześnie pokorą opowiada o swoim pomyśle na życie. 



Mieczysława Babalskiego i jego produkty poznaliśmy już wiele lat wcześniej, podczas Festiwalu Smaku w Grucznie. Makarony, mąki, kasze i inne dobra są też dostępne bezpośrednio od producenta podczas jarmarków ekologicznych, które odbywają się w Toruniu przy Muzeum Etnograficznym. Cały asortyment możne również kupić przez Internet. Na stronie firmy działa sklep internetowy, więc nawet nie trzeba wychodzić z domu, organizować wyprawy do Pokrzydowa, by poczuć smak ekologicznych produktów.



Wizyta w wytwórni BIO Babalscy zrobiła na mnie ogromne wrażenie, z pewnością miało na to wpływ spotkanie z panem Mieczysławem, który jest niesamowitym człowiekiem. Ale nie tylko ja odczułam, że to był dobry czas. Pod wrażeniem były także moje nastoletnie latorośle, a to nie jest takie proste, by jakiekolwiek spotkanie zostało zapamiętane przez przedstawicieli młodego pokolenia.



Wizjoner, bo tak mogę nazwać bohatera tego wpisu, Pan Mieczysław Babalski od 40 lat nie boi się ekologii w rolnictwie. Jest pierwszym w Polsce ekologicznym rolnikiem i pierwszym w Polsce producentem ekologicznych produktów. Dzięki niemu możemy na nowo spróbować jak smakują produkty z płaskurki czy samopszy, a kawa orkiszowa raduje nasze podniebienie. Miałam wielkie szczęście poznać Mieczysława Babalskiego osobiście i przyjrzeć się miejscu, w którym to wszystko się dzieje.


Ze sporym zapasem wrażeń, ale również z zapasem kasz, mąk i makaronów jestem przygotowana na nadchodzącą niebawem jesień. Jestem tez przekonana, że wytwórnia Mieczysława Babalskiego nie raz jeszcze będzie celem naszych podróży, może uda nam się odwiedzić sad? A może jeszcze inne miejsca, których nie zdążyliśmy odkryć tym razem...




23.08.2022

Pojezierze Brodnickie smakuje wyśmienicie


 

Las, jezioro, cisza… Tak mogę opisać warunki, w których spędzałam tegoroczne wakacje. Odkrywam i zakochuję się w nowych miejscach, podziwiam te, które odwiedzam ponownie. Bo takie jest Pojezierze Brodnickie. Malownicze, czyste, niezadeptane przez turystów i na dodatek… smaczne. Dla miłośników prowincji to prawdziwy rarytas. Po powrocie do mojego ukochanego Torunia czuję niedosyt. Na szczęście to dość blisko, więc zawsze można wyskoczyć na dzień lub weekend… Rozmarzyłam się.





Niby trochę przez przypadek, troszkę przeze mnie sprowokowany, wiele wspaniałych chwil tego lata spędzałam w okolicach Brodnicy. Lipiec i sierpień zdecydowanie zdominowały krajobrazy jak z bajk i odpoczynek od "onlajnu". Brodnica, Pokrzydowo, Gaj Grzmięca oraz Bachotek to kierunki moich wypraw, dzięki którym poczułam się naprawdę zrelaksowana. No i nie obyło się bez lokalnych smaków, bo to zawsze bardzo ważna część moich wojaży.



Pierwszy tegoroczny wyjazd miał miejsce w połowie lipca, kiedy brałam udział w Zlocie czytelników książek Katarzyny Puzyńskiej w Pokrzydowie. Kto jeszcze nie czytał jej książek o Lipowie, a lubi literaturę kryminalną osadzoną w lokalnych klimatach to serdecznie zachęcam. Czternaście tomów, których miejscem akcji są malownicze okolice Bachotka, choć dość mroczne, to jednak wciągają. Niewiele jest w nich kulinariów, choć jedna z bohaterek słynie z tego, że jest łasuchem i wszystkich na około karmi swoimi wypiekami. Myślę, że szarlotka i domowe ciasteczka to łakocie, które będą mi przywoływać na myśl właśnie Lipowo. 



Impreza bardzo mi się podobała, szczególnie zaangażowanie lokalnej społeczności, oraz obecność samej pisarki, która towarzyszyła swoim fanom przez całe dwa dni (a nawet więcej, licząc nieformalne ognisko dzień przed oficjalnym rozpoczęciem zlotu!). Świetnie zorganizowany czas, rozpoczęty grą terenową, prowadzone wykłady, wywiady, konkursy i oczywiście piknik.




Zakończenie pierwszego dnia miało miejsce w PTTK Bachotek. Jak się domyślacie, ważnym dla mnie akcentem był poczęstunek (a jakże!) przygotowany przez KGW Pokrzydowo. Chyba największym hitem okazały się potrawy z pokrzyw, przygotowane zarówno w wersji wegańskiej jak i niewegeteriańskiej. Były pierogi, zupa oraz inne klasyczne propozycje dla mięsożerców (kiełbaski, chleb ze smalcem itp.). Nie brakowało również różnego rodzaju ciast. Również w wersji wegańskiej. Panie z KGW w Pokrzydowie są naprawdę kreatywne i nie boją się takich wyzwań. Z pewnością przez lata nauczyły się tych bezmięsnych smakołyków, ze względu na dietę pisarki, czyli Katarzyny Puzyńskiej, która jest weganką. 

Ja skusiłam się na zakup wędzonego pstrąga, którego po powrocie do Torunia spałaszowałam w mgnieniu oka. Świeżutki, nieprzesuszony, rozpływał się w ustach!

Nie trzeba było długo czekać, a przytrafiła się kolejna okazja do wyjazdu w okolice Lipowa. Tym razem Gaj Grzmięca i rewelacyjne miejsce nad Jeziorem Strażym. Polecam z całego serca. Na miejsce noclegu dojechaliśmy późnym wieczorem, więc mogliśmy doznać czym jest prawdziwie ciemna noc i rozświetlone gwiazdami niebo. Zero zanieczyszczenia światłem i zasięgiem! Prawdziwy cywilizacyjny detoks.



Wraz z nastaniem dnia, a pogodę mieliśmy idealną, ruszyliśmy zwiedzać teren. Puste plaże, widoki zapierające dech w piersiach, leciutko falująca woda na jeziorze i lekko szeleszczące trzciny, to wszystko przynosiło niezwykłe ukojenie. W miejscowości znajduje się siedziba Brodnickiego Parku Krajobrazowego, gdzie otrzymaliśmy ulotki, mapę i materiały opisujące lokalne bogactwo przyrodnicze.



Długi spacer sprawił, że zaczęło burczeć w brzuchu. W Gaj Grzmięca znajdują się dwie smażalnie. Rybę surową, a także wędzoną można kupić w miejscowej hodowli ryb. Hodują tam między innymi jesiotry - ryby, które były dawniej niezwykle popularne na naszych stołach, a dziś zagrożone wyginięciem. W ofercie zakupu znajdują się jeszcze świeże oraz wędzone pstrągi, karpie, karasie, szczupaki, węgorze, sieje i sielawy. 




To po prostu prawdziwy raj dla smakoszy, zwłaszcza głodnych, tak jak ja. Świeże ryby są przecież współcześnie produktem luksusowym, dlatego będąc w takich miejscach korzystam z tego dobrodziejstwa. Na miejsce obiadu wybraliśmy smażalnię Skarlanka, którą polecali nam znajomi, a i opinie w Internecie były bardzo pochlebne. Nic dziwnego!



Po sympatycznej przeprawie przez las, prowadzeni tak jak wskazywały drogowskazy, trafiliśmy do przyjemnego miejsca, w którym zjedliśmy świetny obiad i wypiliśmy pyszną dużą kawę. Ja zamówiłam sieję, a mój mąż sielawki.





Oczywiście było ich tle, że spokojnie mogliśmy się wymienić. Jedna i druga rybka była świeżutka i smacznie przyrządzona, do rybek zamówiliśmy domowej roboty ogórki małosolne. Nic dodać, nic ująć - lato na talerzu. Prosto, bez bajerów, uczciwy smak ryby złowionej w okolicznych jeziorach to smak, który każdy powinien docenić! Będziecie w okolicy? Koniecznie odwiedźcie to miejsce. A jeśli lubicie zwierzaki, zwłaszcza koty, to miejsce was pochłonie!




Tak, myślę, że Pojezierze Brodnickie smakuje rybami z okolicznych jezior. Dodałabym do tego jeszcze grzyby, ale w tym sezonie nie mogłam ich skosztować, bo pogoda nie sprzyjała zbiorom, ale wiele słyszałam o bogactwie tamtejszych lasów. Trzymajmy kciuki, żeby spadło odpowiednio dużo deszczu, a runo obrodziło obficie.



Dopełnieniem moich podróży było 10 sierpniowych dni spędzonych nad jeziorem Bachotek (tak, to już trzecia w te wakacje wyprawa w te same rejony!). Przyznam szczerze, że leniłam się z premedytacją i wielką satysfakcją: napawałam widokiem jeziora z tarasu, pływałam kajakami i rowerem wodnym, kąpałam w czystym ciepłym jeziorze, spacerowała i to były piękne wakacje! Na ich koniec, czyli na deser zabrałam moją rodzinę kolejny raz do Pokrzydowa, ale tym razem nie książka o Lipowie była pretekstem, a wizyta w niezwykle ważnym dla kujawsko-pomorskiego rolnictwa i lokalnego dziedzictwa miejscu. To było tak ważne i piękne, że poświęcam temu odrębny wpis. Zatem, do przeczytania!




PS. Żałuję, że tegoroczne lato było tak bardzo suche, bo niestety nie było szans na grzyby, ale czekam na jesień i grzybobranie. Myślę, że najlepiej będzie spędzić je w Borach Tucholskich. Co Wy na to?


29.06.2022

Wspomnienie. Wiesława Ziółkowska z Jeżewa - Kociewianka i jej kociewskie przysmaki


Kiedy myślę o kuchni, produktach kulinarnych i ich smakach we wspomnieniach pojawiają się także niezwykli ludzie, dzięki którym mogę swoją wiedzę pogłębiać. Za każdym razem, kiedy biorę udział w spotkaniach ze społecznością lokalną i nie ważne czy są to spotkania zorganizowane przez koła gospodyń wiejskich czy spotkania nieformalne z pojedynczymi osobami, staram się słuchać i jak najwięcej dowiedzieć. Moja książkowa wiedza często okazuje się wówczas uboga, zwłaszcza kiedy na mojej drodze spotykam ludzi, którzy opowiadając o swoich doświadczeniach i wspomnieniach przekazują nie tylko przepisy, ale również całą bogatą opowieść o przeszłości, o dzieciństwie, o domu rodzinnym. W tych przekazach jest często duży ładunek emocjonalny. Słowa płyną, a ja się nimi karmię.


Podczas mojego prowincjonalnego życia poznałam wiele wyjątkowych postaci, które miały wpływ na kulinarną mapę województwa kujawsko-pomorskiego. Byli to producenci żywności, wytwórcy, kucharze i pasjonaci, którzy uczyli mnie smakować i rozumieć regionalną kuchnię. Relacje z wieloma osobami z Doliny Dolnej Wisły były sympatyczne, a pamięć o nich i rozmowach zdecydowanie warta jest pielęgnowania.


Pani Wiesława Ziółkowska z szefem kuchni Tomaszem Welterem (fot. Magda Potulska)

Jedną z nietuzinkowych osób, które chciałbym Wam dzisiaj przedstawić jest Wiesława Ziółkowska, którą poznałam w Jeżewie. Pani Wiesława była bibliotekarką i działaczką na rzecz lokalnego dziedzictwa, także kulinarnego. Kochała ludzi, kulturę oraz Kociewie, które pozwalała odkrywać kolejnym pokoleniom. Była liderką Kociewianek z Jeżewa. Swoją pasję przekazywała innym, a jej córka Magda Potulska pięknie ją dziś kontynuuje, będąc jedną z najbardziej energetycznych i konsekwentnych w działaniu osób jakie wówczas poznałam.

Pani Wiesławy nie ma z nami już cztery lata. Trudno w to uwierzyć, wspominając tę j energetyczną, uśmiechniętą i pozytywną kobietę. Takie osoby żyją jednak w pamięci. Takich postaci, jak Pani Wiesia się nie zapomina.

10.06.2022

Czas na młodą kapustę


Czy w Waszych wspomnieniach znaleźlibyście proste i nieoczywiste smakołyki, o które walczyliście z rodzeństwem albo kuzynostwem w dzieciństwie? Ustawialiście się w kolejce po to by oblizać pałkę z surowym ciastem na placek, wyczekiwaliście na babcine podpłomyki wypiekane na fajerkach kuchni węglowej (a były to po prostu skrawki ciasta makaronowego)? A może ścigaliście się o pierwszą kromkę chleba, tak zwaną piętkę, u mnie nazywaną wyścigówką (bo kto pierwszy ten dostanie!). Ja przywołuję te wspomnienia ze szczerym uśmiechem. Ale mam jeszcze jedno, o którym przypomniałam sobie, przygotowując dzisiejszy obiad. To był kapuściany głąb. Jadaliście? Zawsze jak była na obiad kapusta, na poczekaniu jadłam takiego głąba, ale na głąba wbrew zapowiedziom chyba nie wyrosłam?


Kapusta była jednym z najpopularniejszych warzyw na Kujawach i Pomorzu, ale również chętnie jadano ją w innych regionach Polski. Uprawiano ją i jedzono powszechnie, stąd sposobów na jej przygotowanie znajdziemy sporo. Surówki, sałatki, zupy, gołąbki, bigosy… 



3.06.2022

Makaron z cukinią. Szybki, delikatny i postny sposób na obiad



Kocham jeść i kocham gotować, ale nie oznacza to, że uwielbiam codziennie spędzać cały swój wolny czas w kuchni. Musi być przecież przestrzeń na bycie z rodziną, zabawy z kotami, gadanie do kwiatów, przeczytanie kilka stron kolejnego kryminału… Nie wspomnę o serialach, które same się nie obejrzą. A że nie lubię, by na stole było byle jak, choć niestety i tak się czasem zdarza, szukam prostych i smacznych rozwiązań.

Dzisiaj opowiem Wam, jak szybciutko i smaczniutko przygotować bardzo smaczne danie. Będzie kolorowo, przyjemnie i lekko.




2.06.2022

Dzień twarogu

Nigdy nie lubiłam mleka. To jedyny taki produkt, którego nie jestem w stanie przełknąć. Nie częstujcie mnie mlekiem, nie opowiadajcie mi o ciepłym i świeżym mleku prosto od krowy, ani o piance, która się na wierzchu zbierała. Wcale mnie te opowieści nie rozczulają, wręcz przeciwnie. Nie przepadam za zapachem mleka w świeżym domowym maśle, w serowarniach też nie czuję się komfortowo i świeże sery nie są moim ulubionym przysmakiem.


Ale jestem wielką fanką nabiału: kefirów, maślanki, śmietany i serów. W Polsce sery zagrodowe od ładnych nastu lat przeżywają odrodzenie. Serowarzy wystawiają się i sprzedają z powodzeniem swoje produkty. Ludzie kupują zarówno świeże, jak i dojrzewające sery podpuszczkowe. Naturalne, z dodatkami, wędzone, mogą być jedzone jako przekąska, dodatek do pieczywa, sałatki, jakkolwiek chcesz. Serowarzy wygrywają ze swoimi produktami konkursy kulinarne, sery pięknie się prezentują, a ich ceny przyprawiają czasem o zawrót głowy.

1.06.2022

“Ludowe źródła kultury”, czyli Prowincja od kuchni na konferencji



Kiedy przeczytałam informację, że w Swołowie, na koniec maja odbędzie się konferencja naukowa, której motywem przewodnim są Ludowe źródła kultury, stwierdziłam, że nie ma na co czekać, tylko czem prędzej wysyłać zgłoszenie. Miałam mały dylemat, bo temat tegorocznego spotkania dotyczył religijności, a tu w zasadzie ani w teorii ani w praktyce nie byłam nigdy zbyt mocno zanurzona.

Wszak zajmuję się sprawami bardzo doczesnymi, ale… no właśnie. Jedzenie to doskonały pretekst, by przedstawiać inne zjawiska kulturowe. Postanowiłam, że przyjrzę się sakralnej funkcji jedzenia. I tak to moje przyglądanie mi się spodobało, że wyłuskałam temat, który okazał się (a przecież wiadomo nie od dzisiaj, że tak własnie jest :) bardzo szeroki. Kiedy otrzymałam informację, że moje zgłoszenie zostało przyjęte, złożyłam wniosek urlopowy i zaczęłam się bardzo cieszyć na myśl cudownego, majowego czasu w malowniczym Swołowie. Tak więc, moi drodzy, pojechałam na konferencję z referatem: “Sakralny wymiar jedzenia – od stołu do festiwalu”.

16.05.2022

Sezon na szparagi

Najsmaczniejsze są dania sezonowe. Zgadzacie się? Świeże, soczyste, pełne smaku potrawy przyrządza się szybko i zjada z wielką przyjemnością.

Od kilku dni na straganach można kupić szparagi. Bardzo się na ten czas nastawiam, bo zwiastuje on nadejście lata i kolejnych zielonych, soczystych warzyw, które uwielbiam.

To w moim rodzinnym menu składnik dość nowy. Przyznam, że moje pierwsze spotkania ze szparagami nie były udane ani szczęśliwe. Jednak zachwyty znajomych smakoszy zmotywowały mnie do poszukania rozwiązań. Okazało się, że najlepsze są rozwiązania najprostsze. Im mniej zabiegów przy szparagach tym lepiej. Trzeba pamiętać o jednej, podstawowej zasadzie: szparagi lubią masło.

22.04.2022

Pasztet domowy nie tylko na święta



Najlepsze przepisy, które weszły do mojego jadłospisu, otrzymałam od mamy. Tym razem również podzielę się z Wami sposobem na przygotowanie czegoś wyjątkowego. Przez lata myślałam, że przygotowanie pasztetu jest arcytrudne, ale jak się okazało nieźle sobie z tym zadaniem poradziłam.


Pasztet, czyli mięsny delikatny wypiek, jest znany w sztuce kulinarnej od wieków. W kuchni staropolskiej pasztety były uznawane za wyroby delikatesowe, a na dworach pańskich zatrudniano wykwalifikowanych pasztetników, czyli specjalistów od tych wykwintnych wiktuałów. Płacono im słone pieniądze, czyli pasztetnicza sztuka była w cenie. Przygotowywanie pasztetów stało się bardziej popularna w mieszczańskich kręgach w XIX wieku, kiedy to sekrety pasztetnicze i receptury zostały publikowane w coraz bardziej powszechnej literaturze kulinarnej.


Mój przepis na pasztet:

1 kg mięsa wieprzowego (karkówka lub łopatka)

40 dkg chudego boczku

40 dkg wątróbki drobiowej

bułka

włoszczyzna (marchew, pietruszka, seler, cebula, por)

przyprawy: sól, pieprz, ziele angielskie, gałka muszkatołowa



Mięso, czyli karkówkę lub łopatkę gotuję razem z boczkiem i warzywami, odpowiednio wcześniej posolone, opieprzone z zielem angielskim i liściem laurowym. Do gotowania mięsa najlepiej nadaje się szybkowar. Załatwi on sprawę szybko (ok 35 minut) i na pewno nas nie zawiedzie. Boże, dzięki Ci za ten wynalazek. Szybkowar czyni cuda, jeśli nie macie jeszcze, to rozważcie jego zakup!

Ugotowane mięso z warzywami odsączam i wykładam do ostygnięcia, a w bulionie gotuję na małym ogniu wątróbkę. Część bulionu odlewam i zamaczam w nim bułkę - dzięki temu, cała esencja smaku, która jest w wywarze przechodzi do masy, a sama bułka nadaje pasztetowi delikatności .

15.04.2022

Sałatka warzywna - obowiązkowa na wielkanocnym stole

 


Nie wyobrażam sobie wielkanocnego śniadania bez sałatki. Klasycznej sałatki warzywnej nie mogło zabraknąć podczas najważniejszych rodzinnych spotkań. To jeden ze smaków dzieciństwa, choć nie jestem pewna czy jako dziecko lubiłam ją tak bardzo jak dzisiaj? Kojarzy mi się z domem, z mamą, z babcią i ciocią. To potrawa świąteczna, imieninowa (tak, imieniny to dawny zwyczaj, który niestety zanika), podawana też podczas przyjęć komunijnych (pamiętacie, że kiedyś organizowano je w domach).


https://pixabay.com/


Dość pracochłonna i wymagająca precyzji. Tak, wszystko kroimy ręcznie, im drobniej i dokładniej tym lepiej. Sałatka wychodzi najlepiej, kiedy się ją przygotowuje wspólnie. W moim rodzinnym domu mamy taki rytuał, siadamy przy kuchennym stole z mamą albo siostrami, każda z nas ma swój produkt do krojenia. Siedzimy, rozmawiamy, a warzywa jakby się same kroiły. Kiedy składniki trafią do miski mama zabiera się za doprawianie. To prawdziwy rytuał. Potem trzeba poczekać, żeby sałatka się “przegryzła” i to już jest prawdziwe wyzwanie, ale cierpliwość popłaca. Nikt nie robi takiej sałatki jak my!

11.04.2022

Co z tym żurkiem?


Im bliżej Wielkanocy tym więcej reklam, na których pojawia się żur lub barszcz biały. Czasami słyszę pytania o różnice między tymi dwiema zupami. Być może znajdę  kiedyś chwilę, żeby to dokładnie opisać. Dziś pochylę się nad talerzem żuru. Jak to z nim było w przeszłości i jak jest współcześnie?

Na liście produktów tradycyjnych województwa kujawsko-pomorskiego znajdziemy żurek kujawski. To raczej nie dziwi. O żurku na kujawach pisał już Oskar Kolberg, więc wydaje się ta potrawa jak najbardziej uprawniona do noszenia miana tradycyjnej.

Jedzono go na co dzień, ale czy od święta także? 


Żur tradycyjnie był potrawą postną. Jego powszechne występowanie w wiejskiej kuchni miało wymiar praktyczny. Przede wszystkim główny składnik potrzebny do przygotowania zupy zawsze był pod ręką. Był to zakwas, podbierany od chlebowego, bądź przygotowywany specjalnie w celu gotowania zupy. Jak prosta i odbiegająca od bogatego współczesnego żurku wielkanocnego mogła to być potrawa zrozumiemy czytając przepis poniżej:

7.04.2022

Wielkanoc na Prowincji


Do Wielkanocy pozostało kilka dni. Przed nami ostatnie dni postu, o ile oczywiście postanowiliśmy o jakiejś formie wyeliminowania wybranej grupy produktów z naszej diety. W tym roku w końcu spędzę Wielkanoc rodzinnie, poprzednie dwa lata były naznaczone narodową kwarantanną. Tym razem będę gościć moich najbliższych u siebie. 


Komponując jadłospis na świąteczny czas, przygotowuję listę zakupów oraz oczywiście planuję pracę, by wszystkie czynności przebiegły bezkonfliktowo. Bowiem jak się okazuje przygotowania można rozpocząć dużo wcześniej, niektóre potrawy przygotować odpowiednio wcześniej, następnie zamrozić albo zawekować.

Dobra organizacja to podstawa, bo wiadomo, że poza przygotowywaniem jedzenia trzeba jeszcze ogarnąć przestrzeń w której będziemy przyjmowali gości, na przykład umyć okna - ale tylko wtedy, jeśli pogoda będzie sprzyjać. Ważne by nasi najbliżsi czuli się u nas dobrze i by nam z tym było miło.


Od dwudziestu lat obserwuję świąteczne spotkania nie tylko w moim rodzinnym domu, ale także w domu mojego męża, poszukuję różnic i podobieństw. Tak, te święta się różnią, choć te odmienności wydają się naprawdę niewielkie. Dlatego moje śniadanie wielkanocne będzie miksem tradycji wielkopolskich i kujawsko-pomorskich.


23.02.2022

Pączki, pączusie, czyli “powiedział Bartek, że dziś tłusty czwartek…”


Karnawał to okres przypadający pomiędzy świętami Bożego Narodzenia, a w zasadzie świętem Trzech Króli a Wielkim Postem. Na wsiach nie mówiono o karnawale, ale o zapustach. To szczególny czas charakteryzujący się świętowaniem, zabawą i radością. Etnograficzne narracje, wspominając o karnawale koncentrowały się przede wszystkim na orszakach zapustnych, niewiele miejsca poświęcając kwestiom związanym z jedzeniem. A przecież nie bez znaczenia jest tradycyjna kompozycja łakoci, które pojawiały się i pojawiają na karnawałowym stole. Poniewaz jest to czas charakteryzujący się “odwróconym porządkiem” również łakocie są niecodzienne i niebanalne. Za chwilę, za niecały tydzień będzie obowiązywał post. W tradycyjnej kulturze była to sprawa wielkiej wagi. Na okres od środy popielcowej do niedzieli wielkanocnej z diety znikały produkty odzwierzęce, garnki szorowano, by pozbyć się z nich choćby grama zwierzęcego tłuszczu. 

Najbardziej znany i do dziś kultywowany jest zwyczaj smażenia i jedzenia pączków w tłusty czwartek, przypadający w tygodniu poprzedzającym środę popielcową.


źródło: www.polona.pl

20.02.2022

Zeszyt ze starymi przepisami - nośnik kulinarnej pamięci


Kiedy kupiliśmy mieszkanie w starym domu byliśmy przeszczęśliwi. Osiedle, po którym jeszcze w czasach studenckich chętnie spacerowaliśmy wydawało nam się tyle samo malownicze co tajemnicze. Zastanawialiśmy się kto budował domy, jak wyglądają ogrody z tyłu posesji, ile historii się tam kryje. W pewnym momencie nasze marzenie stało się rzeczywistością. Otrzymaliśmy klucze, czekał nas remont, a przede wszystkim czekał na nas dom - pierwszy wspólny i własny.

Stare mieszkanie zostało w zasadzie opróżnione przez poprzednich właścicieli, ale sprzątając piwnicę, spiżarkę i szuflady w wielkiej szafie w kuchni natrafiliśmy na ciekawostki z przeszłości. Były to między innymi stare gazety, kamionkowe garnki i coś co zainspirowało mnie do napisania dzisiejszego wpisu - stary zeszyt z przepisami. 


16.02.2022

Tęsknoty prowincjonalne i zimowa melancholia


Niedługo minie pięć lat od powrotu do Torunia. Wydaje się, że to dopiero chwilę temu. Ten czas tak pędzi, zwłaszcza, kiedy jest dobrze. Na Prowincji też spędziliśmy 5 lat, ale czas tam leciał jakby wolniej. Tak to jest, jak się na coś czeka. Nasze życie na Prowincji było bowiem ciągłym oczekiwaniem, że coś się zmieni, że będzie lepiej, że ćwierć etatu zmieni się w cały i zaczniesz normalnie zarabiać, że będziemy się czuć jak u siebie, że staniemy się częścią prowincjonalnej wspólnoty, że dzieci odnajdą się w tej całej sytuacji. Konfrontacja z rzeczywistością nie była łatwa… Ale przetrwaliśmy wspólnie ten czas. Ostatnie pięć toruńskich lat to nowe otwarcie, rozwój i stabilizacja. Prowincjonalne doświadczenie też procentuje.

Nie zrozumcie, że byliśmy Prowincją rozczarowani. Podczas kilku lat intensywnej, niepełnoetatowej, często niezarobkowej pracy poznaliśmy świetnych i inspirujących ludzi. Zapamiętamy na zawsze długie rozmowy choćby - z Jurkiem Kramaszewskim, który uczył nas jak kisić kapustę, z Czesławem Kwiatkowskim - ostatnim menonitą i jego żoną Elżbietą, lokalną poetką, którzy opowiadali nam o tajnikach kuchni menonickiej. Spotkań, rozmów, tematów było co niemiara.


źródło: www.polona.pl

Ostatnie dwa pandemiczne lata, spędzone przede wszystkim w domu są towarzysko puste - zwłaszcza kiedy je porównuję z intensywnym goszczeniem się i goszczeniem innych na Prowincji. Żyjąc na wsi, zawsze byłam zaopatrzona w kawę i zawsze coś słodkiego się znalazło na wypadek niezapowiedzianych gości. I tak, na Prowincji nie trzeba było nikogo zapraszać. Nie ukrywam, że po powrocie do miasta doceniłam prywatność, jaką zapewnia mi współczesna miejska mentalność oraz to, że bez zapowiedzi nikt się nagle nie zjawi (a jak już się zjawi to z pewnością zapuka do drzwi). Takiej pewności w moim prowincjonalnym świecie nie miałam. Bez względu na porę dnia, pogodę, porę roku i dzień tygodnia. Przynosiło to zarówno radość, zaciekawienie, czasami też frustrację. O popołudniowej drzemce na Prowincji można było zapomnieć. Znacie to?


źródło: www.polona.pl


Czasem dopadają mnie małe tęsknoty. Za czym? Za czarnym rozgwieżdżonym niebem, za ciszą, którą zagłusza jedynie rechot żab, za ptakami, których w mieście prawie nie słychać. Za przestrzenią, którą można podziwiać i pochłaniać z perspektywy schodów (zobacz, dlaczego schody na prowincji były magiczne: tutaj), za cieniem wielkiego wiązu, za ziemią, w której rosły warzywa, za dzikim bzem pod oknem, za ogniskiem pod domem…




Melancholia, kiedy wkrada się niepostrzeżenie i nachalnie przeszkadza myśleć racjonalnie, przynosi nowe pomysły. By wyjechać, by pooddychać Prowincją, bezludziem. By zarobić i kupić drewniany dom w środku lasu… 

Na pewno nie wrócę na stałe na Prowincję i na pewno, wybierając nowe miejsce, skieruję swoje myśli w inne strony, w których, będzie równie smacznie i jeszcze piękniej. Moją przygodę będę budować na własnych warunkach. To najważniejsze. I wtedy będzie zacnie.