13.09.2019

Piątek, czyli pyry z gzikiem


Może moja rodzina nie była dla mnie autorytetem w zakresie przestrzegania cotygodniowego piątkowego postu. Zdarzała się wszak piątkowa kiełbasa, najlepsza z  bigosu, i inne rarytasy, ale jednak to z piątkiem i dzieciństwem kojarzę tradycyjne potrawy bezmięsne.

Najbardziej zapamiętany przeze mnie duet to gzik z pyrami w mundurkach albo inaczej pyry z gzikiem.
Nie ma nic prostszego. Obiad taki przygotowuje się w 15 minut.
Zastanawia mnie skąd pochodzi określenie „w mundurkach” dla ziemniaków ugotowanych w skórce. Najlepsze zawsze były te wyjęte prosto z parownika. Tak. Na wsi u babci, gdzie spędzałam większą część mojego dzieciństwa były świnie, specjalnie dla nich była przygotowana pasza na bazie parowanych ziemniaków, otrębów i czegoś jeszcze, czego nie pamiętam. Mnie jako dzieciaka i resztę moich kuzynów i kuzynek interesowały tylko ziemniaki - gorące, parzące w ręce. Miały też swój niesamowity zapach, inny niż ziemniaki gotowane w domu.




Kiedy parowanie w wielkim parniku kończyło się, ustawialiśmy się gęsiego i każdy z nas dostawał swoją porcję. Do tego było masło i sól. Łapkami obieraliśmy łupiny, smarowaliśmy masłem, soliliśmy… co to była za frajda. No i smak… Prosty i niezwykły za razem. Smak wakacji, smak beztroski, smak ziemi, w której się bawiliśmy całymi dniami. Kiedy teraz zamykam oczy i myślę o tych sytuacjach słyszę śmiech zgrai dzieciaków, szczekanie psa, żarty… Słyszę głos wsi Tomisławice. Mam przed oczami dziadka siedzącego na ławeczce pod wielkim jaworem i babcię stojącą na ganku. To był piękny, smaczny czas. Wszystko było takie proste, nawet smaki.

Wracając do piątkowego obiadu. Pyry już w zasadzie mamy. Jeśli ktoś nie ma wiejskiego parownika, wystarczy że ma garnek z przykrywką bądź szybkowar. Należy wybrać średniej wielkości ziemniaki, ważne, żeby były mniej więcej tego samego rozmiaru. Włożyć je, nieobrane [sic!] do garnka z gotującą się wodą, ale wody nie może być za dużo. Ważne, żeby się uparowały, a nie ugotowały. Zapełniony garnek przykrywamy pokrywką. Niech się parują, ok. 15-20 minut.
W tym czasie możemy przygotować gzik. Dopełnienie smaku.

Gzik to nic innego jak dobrze rozgnieciony twaróg (ja wybieram półtłusty), wymieszany z kwaśną śmietaną. Najlepiej zrobić twaróg samemu, podobno to nic trudnego. Ale wiadomo, że z dziś w sklepach mleko już nie takie. Jeśli kupujecie gotowy twaróg dobrze zakupić taki, który pochodzi z lokalnej mleczarni. Doprawiony do smaku solą i pieprzem, podaję w wariantach z czosnkiem lub drobno posiekaną cebulą. Bajkowo wygląda i smakuje również ze świeżym szczypiorkiem. Ale zieleninę można podać na oddzielnym talerzu i dodawać do gzika na sam koniec. Nie musi to być tylko szczypiorek, może być nać pietruszki, rzeżucha, rukiew wodna, kolendra, bazylia, cokolwiek Wam przyjdzie do głowy.


Po wymieszaniu nabiału mamy jeszcze chwilę. Możemy go włożyć do lodówki, zimny gzik lubię najbardziej.
Kiedy ziemniaki kończą się parować wyjmujemy je na miskę, kładziemy na stół, obok wykładamy gzik. Teraz tylko od nas zależy w jakich proporcjach będziemy dobierać składniki i jakich dodatków będziemy używać. Moja mama obierała wszystkie ziemniaki, ja tego nie robię, podaję w mundurkach, bo uważam, że to cały urok w własnoręcznym ich obieraniu. Do zestawu można podać masło, zawsze na stole powinna stać solniczka i pieprzniczka.


Takie to proste. I pyszne. Pewnie dlatego niezmienne od lat. Od pokoleń!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza