29.11.2017

Powrót

Dużo by pisać o tym co się wydarzyło od ostatniego wpisu. Życie zaczęło pędzić i zalała mnie fala pozytywnych zdarzeń. By nie opowiadać po kolei co i jak się działo, a będę Wam dawkować te informacje jak kroplówkę, streszczę to na razie w jednym zdaniu: 

WRÓCIŁAM DO MIASTA!!!


Nie oczekujcie ode mnie lamentów. Był, jest, to powrót przemyślany. Wróciłam do Torunia, jak do dawnego kochanka. Każdego dnia, śmieję się na powrót tego romansu. I nie zamierzam nic zmieniać, nawet nazwy bloga. Bo Toruń ma w sobie tą prowincjonalną moc, która fascynuje, czasem drażni, a czasem uspakaja.




Ostatnie miesiące były bardzo intensywne. Trudno uwierzyć, że od pół roku moje otoczenie zmieniło się tak bardzo. A ponieważ poza zmianą miejsca zamieszkania zmieniły się też okoliczności zawodowe, musiało minąć trochę czasu, zanim z oddechem, śmiało usiadłam do klawiatury.


Takim to sposobem na nowo zaczynam myśleć o Bożym Narodzeniu, o kulinariach, pachnącym domu i o świątecznych potrawach. Nie wiem, jak to nazwać – przypadek, zbieg okoliczności czy przeznaczenie? Zaraz po wniesieniu ostatnich kartonów do nowego domu musiałam biec do pracy, nowej pracy – Muzeum Toruńskiego Piernika. Miejsce piękne, klimatyczne i smaczne, dzięki pracy każdego ranka staję się częścią toruńskiego Starego Miasta. Nigdy tak intensywnie nie byłam, nie żyłam Toruniem i z Toruniem.




Okazuje się, że brakowało mi tego miasta bardziej niż przypuszczałam. Brakowało mi intensywności zdarzeń, bodźców, ludzi, na których widok tak bardzo się cieszę. Ostatnia przedłużająca się w nieskończoność prowincjonalna szaruga – czy to zima, czy zimo-jesień (nie wiem ja nazwać tą okropną pogodę) dała mi mocno w kość. Moja relacja ze wsią była coraz bardziej trudna, decyzja o przeprowadzce, choć szalona, była nieunikniona. Dzięki wspaniałym ludziom znaleźliśmy Dom. Mamy swoje własne cztery kąty, które powoli urządzamy po swojemu. Nasza nowa okolica jest w klimacie bardzo prowincjonalnym. Jest duże podwórko pod domem, jest szklarnia. Jest potencjał, nasz własny kawałek świata. Są posadzone róże, hortensje, są śliwy, agresty, porzeczki, oraz wsadzone przed chwilą przez Męża maliny. Będziemy mieć swój malinowy chruśniak. W środku Torunia!!!




I jest też nowa kuchnia! Jasna, ciepła, kolorowa. Z miejscem na duży stół. I stary kredens. I spiżarka. Więc mogę gotować, robić przetwory, jest energia, jest miejsce. Jest MOC!!!




Ostatnio pisałam o zimnej majówce, tak, aura nie sprzyjała zbyt i nie zachęcała mnie do wychodzenia w teren. Ale miasto nie przytłoczy mnie i nie ograniczy w kwestiach kulinarno-przygodowych. Nasturcje były w tym roku posiane i konsumowane, śliwki i winogrona na bieżąco skubane prosto z drzewa/krzaka, a porzeczki były spektakularnie wykorzystane podczas jednej z najciekawszych imprez jakie wspólnie ze Slow Food Kujawsko-Pomorskim robiłam.





Przemiłym zaskoczeniem jest targ warzywny, który znajduje się bardzo niedaleko domu, a jeszcze inny, wielki toruński targ odwiedzałam w sezonie co sobotę, za każdym razem wracając szczęśliwsza!!! Niebawem wyprawię się tam w poszukiwaniu choinki.
Mam nadzieję, że nie zabraknie mi pomysłów, energii i natchnień na sezonowe dania, którymi się z wami będę dzieliła.




Tymczasem radośnie przejdę do przepisu, nad którym będę dziś pracowała. Państwu też polecam! Dziś zaczynamy, dokończymy tuż przed świętami. Jak przystało na piernikowe miasto i na prowincjonalny charakter bloga przedstawiam przepis na piernik ludowy, zgrzebny i niesamowicie smaczny BRUKOWIEC KUJAWSKI

½ kg miodu
2 szklanki cukru lub melasa
¼ kg smalcu
3 całe jaja
½ szklanki mleka
3 ścięte (płaskie) łyżeczki sody
½ łyżeczki soli
3 torebki przypraw korzennych
1 ½ kg mąki pszennej
garść pokrajanych orzechów
½ szklanki kwaśnej śmietany

Roztopić smalec, cukier i miód, wystudzić, dodać mąkę i przyprawy korzenne. W mleku rozrobić sodę i wlać do ciasta, dodać jajka, śmietanę i sól. Wyrobić ciasto. Przełożyć do kamiennego garnka aby „dojrzewało” i wynieść w chłodne miejsce na 3 tygodnie. Dzień przed pieczeniem przynieść ciasto do temperatury pokojowej, podzielić ciasto na 3 części. Rozwałkować. Upiec dwie równe blachy ciasta. Z trzeciej części ciasta zrobić kulki, nierównomiernie rozrzucić po blasze (takiej samej wielkości blacha, jak były pieczone dwa placki). Kulki ciasta po upieczeniu łącząc się przypominają uliczny bruk. Poszczególne warstwy ciasta przekładamy powidłami śliwkowymi, na wierzchu układamy „bruk”.
przepis pani Aliny Książek, Pławin, Kujawy, z książki G. Szelągowskiej, Kuchnia z rodowodem, Toruń 2012 r.




2 komentarze:

  1. Olu dziękuję że dalej prowadzić będziesz blog��Cieszę się ze Toruń pachnie też prowincją....że wróciła Twoja miłość...sądzę ,że nie zapomnisz o dawnym terenie i niektórych z którymi było Tobie oki����

    OdpowiedzUsuń
  2. Pani Elu, nigdy nie zapomnę, Was w szczególności. To był dla nas ważny czas, bardzo ważny i piękny, ale czas na zmiany. Czas ruszyć do przodu!!! Dziękuję za miłe słowa <3

    OdpowiedzUsuń