24.08.2016

Kiedy nasturcje na deszczu… i na talerzu


Gdybym miała kiedyś wrócić do miasta, z pewnością chciałabym zamieszkać w miejscu, w którym miałabym dostęp do skrawka ziemi albo chociaż duży balkon, który przemienić bym mogła w mój mały ogród. A w moim ogrodzie z pewnością nie zabrakłoby nasturcji, które są moim ulubionym kwiatem. Mam wrażenie, że są niedoceniane, a przecież są tak przepiękne. I na dodatek nie są mdłe i po prostu piękne. 
One mają urodę, charakter i smak. Smak mają nie byle jaki.


Odkąd zamieszkałam na wsi, co roku sieję nasturcje. Lubię zwłaszcza te pnące, choć nigdy nie udało mi się stworzyć odpowiedniej do moich wymagań - gęstej od liści i kwiatów -nasturcjowej ściany. Nie zniechęcało mnie to nigdy, bo kwiaty te wykorzystywałam do swoich kulinarnych eksperymentów. I choć rachityczne zawsze mnie rozczulały te pomarańczowe, czasem prawie czerwone, a często również soczyście żółte kwiaty.

Dziś o kwiatach jadalnych mówi się coraz więcej, coraz częściej kwiaty zdobią talerze w modnych restauracjach. Nie wszystkie jednak kompozycje są tak intensywne, jak te, w których występuje ona.

W tradycyjnej kuchni nasiona nasturcji odpowiednio zamarynowane i zaprawione imitowały kapary. Ja do dziś nie nauczyłam się robić odpowiedniej zalewy, mimo iż próbowałam różnych wariacji opisanych w kulinarnej prasie. Ponadto odkryłam, że nasiona wspaniale smakują na surowo. Świetnie doprawiają sałaty, są doskonałym dodatkiem do mięs. Ale tylko te zielone i soczyste.

Jadam też kwiaty, ale one są uwieńczeniem dzieła, podawane tylko na surowo. Stroją, dodają uroku, a przy tym pełnią rolę przyprawy.

Inaczej liście. Są smaczne tak na surowo, na przykład w sałatach, ale także świetnie się spisują jako składnik moich ulubionych gołąbków.

Dziś, w kolejny pochmurny letni dzień, postanowiłam wprowadzić do kuchni trochę słońca. Wykorzystałam fakt, że w lodówce miałam wszystkie niezbędne składniki poza kapustą, założyłam kalosze i poszłam nazrywać nasturcji. Będą gołąbki oznajmiłam mężowi, po czym zabrałam się do roboty.


Gołąbki w liściach nasturcji

Farsz do gołąbków zrobiłam klasyczny, z mielonego mięsa, ryżu, przysmażonej cebulki i przypraw. Jednak jak wiemy danie to może mieć wiele smakowitych wersji, od takich klasycznych i mięsnych po wersje postne – na przykład z kaszą gryczaną, jaglaną, z ziemniakami, soczewicą…. Czego dusza zapragnie!!!



Zerwane liście nasturcji (te największe) umyłam i osuszyłam, po czym zabrałam się za zawijanie. Wychodzą nam zgrabne małe gołąbki, bardzo podzielne i eleganckie. Liście są dość elastyczne, zawija się je fantastycznie!



Następnym etapem jest szybkie przesmażenie gołąbków, wtedy liście doskonale oklejają farsz, a mięso przechodzi specyficznym aromatem rośliny. Żeby nie było zbyt tłusto, wyjmuję je szybko, wkładam do żaroodpornego naczynia, przykrywam i wstawiam do piekarnika. Wtedy się jeszcze troszkę podduszą…



Te gołąbki są małe więc nie trzeba ich szczególnie długo maltretować wysoką temperaturą. Podane z soczystymi i chrupiącymi kwiatami nie dość, że wyglądają bajkowo, to jeszcze tak właśnie smakują...

Z mojej porcji wybrałam kilka sztuk, które odłożyłam na bok, by przygotować z nich wersję bardziej elegancką, romantyczną i fotogeniczną. I wierzcie mi, na smaku nie straciły, choć wyobrażam sobie dla tej wersji inne nadzienie, bardziej świeże, może z ogórkiem, z surową cukinią, papryką dobrą rybą i liście również świeże i surowe. Tak zrobię następnym razem…




Tym razem też było smacznie. Przygotowanego ostudzonego gołąbka owinęłam papierem ryżowym (zmoczonym, wszystko zgodnie z instrukcją), a do środka włożyłam płatki kwiatów. Na wierzchu posypałam sezamem. Proste, pyszne i piękne. Sami zobaczcie!

I wiecie co? Małżonek też był zachwycony.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza