22.10.2015

Pokochać buraka


Kiedy odwiedzałam rodziców mojego męża, będąc jeszcze nieoficjalną narzeczoną, nie potrafiłam nie zachwycać się niedzielnymi obiadami, wypiekami i deserami. Były one zupełnie inne od, równie znakomitych, dań serwowanych w moim rodzinnym domu. Przyszła teściowa, z żartem i sympatyczną, badawczą złośliwością, kwitowała me zachwyty następująco:
„no tak, tak, bo u ciebie to pewnie tylko buraki i buraki…”

Tak się rodzą anegdoty rodzinne.
źródło:www.polona.pl

Tak mi się to dziś przypomniało, kiedy mam przed sobą wielki wór urodziwych buraków. To zaleta dobrze ułożonych sąsiedzkich relacji, o jakie wszędzie i zawsze dbałam. Dbać się o to powinno szczególnie na Prowincji, bo tu na odludziu taka relacja to prawdziwy skarb.
Wracając do buraków. Teściowa nie miała racji, bo w rodzinnym domu buraczki pojawiały się niezmiernie rzadko. A najlepsze jakie jadłam, to te które dostałam od teściowej właśnie. Ponieważ w smakach dzieciństwa zdecydowanie nie było miejsca na buraczane potrawy, nie darzyłam ich nigdy szczególnymi względami. Słoiki przywożone od mamy męża nie koniecznie mnie do siebie zachęcały. Ale małżonek i owszem, wcinał je do ziemniaków, do kaszy, do wszystkiego. A mi krwawiło serce, patrząc na pofarbowane struktury jadalne na pięknie ułożonym talerzu. Aż nastąpił przełom...


Wiadomo, że największe rewolucje kulinarne mają związek z najważniejszymi wydarzeniami w ogóle. Tak też było z moim osobistym odkryciem, docenieniem i pokochaniem buraka.

Do buraka zapałałam wielką miłością, będąc w 7 miesiącu ciąży. Męża nie było w domu, zaczynała się zima, wielki brzuch nie pomagał w sprawnych samodzielnych wyprawach do supermarketu. A ja głodna, samotna, trochę zdesperowana. W kuchennej półeczce słoiki z buraczkami… Niechętnie otworzyłam, zaczęłam jeść i nie skończyłam dopóki nie ujrzałam dna drugiego wielkiego słoika. Co za pychota! Pokochać buraka, to ci dopiero przygoda.

Dwa miesiące później teściowa ratowała mi życie, kiedy to po pojawieniu się dzieciątek poziom hemoglobiny spadł katastrofalnie, a ja czułam się jak zombie. Teściowa przygotowała sok z buraka, wspaniały eliksir.


Tak więc buraki i buraki. Teściowa wykrakała.

A dziś po 15 latach od dnia, kiedy burak pierwszy raz pojawił się w naszym rodzinnym dyskursie, stoję oto nad wielką siatką, wielkimi okazami. Dzwonię do teściowej i pytam o przepis na to kulinarne cudo.

Zabieram się do roboty. buraki paruję (część upiekę też w piekarniku, ale wcześniej zawijam szczelnie w formę aluminiową). Uparowane i upieczone buraki obieram, kroję w kostkę. Przygotowuję zalewę. 1 szklanka octu, 1 szklanka cukru i 4 szklanki wody. W zalewie tej zagotowuję raz jeszcze buraczki i przelewam do słoików. Gorący płyn sprawi, że nie trzeba będzie przeprowadzać dodatkowej pasteryzacji.

Mniam! Uwierzcie mi. Niebo w gębie! I jak tu nie kochać buraka!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz