24.02.2015

Bez-smak prowincjonalnej kawy



Nie uświadczysz na prowincji porządnej kawy. Sama zaczęłam pić rozpuszczalną pogrążając się w żałobie po ukochanym ekspresie. Na prowincji, w domach pije się głównie kawę po turecku, parzoną z fusami. Robię teraz taką gościom prawie bez pytania. Jest to jedyna, słuszna kawa. Bardzo często z mlekiem. No, ale kawa domowa, kawa w gościach to sprawa prawie intymna. Takiej domowej się nie czepiam.


Ja narzekam na prowincjonalną kawę w restauracjach, knajpkach, miejscach publicznych. Doświadczenie mam takie: zamawiam kawę z ekspresu, espresso (uwielbiam!) dostaję lurę, bez aromatu. Dla mnie to brak szacunku dla eliksiru jakim jest kawa. Szkoda tych wszystkich urządzeń, ekspresów mielących, parzących, nowoczesnych i wyglądających profesjonalnie na półkach i barach unowocześniających się lokali. Profesjonalizacja sprzętu nie idzie w parze z profesjonalnym parzeniem. Wiem, wiem, nie żyjemy w Italii. Nie ma cudów. 

Źródło www.polona.pl

Pamiętam, trzy lata temu podczas jednych warsztatów byłam szczególnie słaba po pierwszym dniu szkolenia, podczas którego próbowałam wielu wyśmienitych lokalnych trunków. Rankiem marzyłam o mocnej, stawiającej na nogi kawie. Dostałam lurę, która wzmogła tylko (wyglądem, aromatem oraz bez-smakiem) mdłości. Precz z profanacją. Prowincjo, opamiętaj się. Nie udawaj, bądź szczera i wykreśl z menu ekspresową kawę! Parz po turecku, podawaj z fusami, niech niesie się jej aromat. Niech daje kopa, orzeźwia. Niech smakuje! Amen.

Źródło: www.polona.pl

Bo kawa dobra i mocna to żaden wynalazek. Choć jej pojawienie się na polskich stołach wywołało wiele zamieszania, to jednak historia to nie byle jaka! 


Można doczytać : Aleksandra Kleśta-Nawrocka, Cudzoziemskie ziarnka, czyli kawa w sarmackiej aptece, strona Muzeum Króla Jana III Sobieskiego w Wilanowie.

23.02.2015

Kąpiel w szklance wody?


Pomimo, że już wiele lat minęło odkąd pierwszy raz przeczytałam Anię z Zielonego Wzgórza, jak dziś pamiętam wypieki na twarzy, jakie dostałam podczas lektury rozdziału „Burza w szkolnej szklance wody”. Marzyłam o takiej miłości… Ach Gilbercie…

Jak każda nastolatka zaczęłam szczególną wagę przykładać do higieny. Płyny, emulsje, lanie wody do wanny. Wanna pełna, woda gorąca. Pachnąca szłam do szkoły, na spacer, przed blok, w poszukiwaniu miłości, tej jedynej najprawdziwszej…

Było, minęło. Teraz jako mężatka wspominam to z uśmiechem i lekkim zażenowaniem. A jeśli chodzi o higienę… Jako kobieta XXI wieku nadal uważam, że kąpiel w wannie pełnej piany to doskonały sposób na poprawę nastroju. Cóż z tego, skoro od dwóch lat muszę się zadowolić… przysłowiową szklanką wody…

Ten, kto mieszkał na wsi, w domu bez łazienki – a jeszcze nie tak dawno było to czymś naturalnym – ten wie, że bez względu na to, w jakiej sytuacji się znajdujemy to poszukujemy najlepszych rozwiązań.

Niedawno poznałam parę, która kilka lat temu kupiła dom na wsi. Miało być pięknie i sielsko, okazało się normalnie i trudno. Bardzo się cieszę z takich spotkań i znajomości, bo problemy takich ludzi chwytam w locie. A fakt, że w ich przypadku to już historia, poczytuję za dobry znak także dla siebie. Zapomnij o miejskim komforcie kobieto i mężczyzno!. Większość starych pięknych wiejskich domów kupionych (lub wynajętych – jak w moim przypadku) przez mieszczuchów jest w opłakanym stanie. Dotyczy to również węzłów sanitarnych. Pamiętam dom moich dziadków, w którym spędzałam każde wakacje. Woda była, łazienki nie. No, chyba, że miski, w których cała rodzinna oddawała się rytualnemu myciu w każdą sobotę. Wiem, że ten rytuał nadal funkcjonuje na mojej dziadowiźnie. Oj tak, w sobotę myjemy się cali.

źródło: www.polona.pl

I ja również korzystam z kompletu misek. Niebieska to wanna, różowa – do mycia głowy. Kolorowo, na ludowo, hej!

Pomimo braku wanny, prysznica i ciepłej wody w kranie (woda + kran to nowość, powiew nowoczesności, który jest udziałem małżonka) myjemy się regularnie i nie czekamy do weekendu. A do całkowitej kąpieli wystarczy, uwaga: czajnik zagotowanej wody! 

Toć to nie tylko folk, to prawdziwa ekologia – rzeklibyście. Tak, ekonomia i ekologia góruje na wsi. Jeśli jesteś biedny, lepiej ci będzie z prowincją do twarzy… Ubogacisz się doświadczeniami jak cholera.

źródło: www.polona.pl
źródło: www.polona.pl













Miski to jednak nuda, czekam na ciepłą wiosnę i lato. Tu pomaga natura – próbowałam kąpieli w deszczu, prawdziwej, z emulsjami, kremami i wszystkimi eliksirami… A podczas suszy, większa balijka z wodą, którą nagrzewa słońce, albo prysznic z konewki – tu potrzebny mąż. I choć komary gryzą gdzie popadnie, wybaczam im, bo wierzę, że robią to z zazdrości.

22.02.2015

Nikt nie puka do drzwi…


Jak to na prowincji, z życiem towarzyskim bywa różnie. Nie narzekam na brak atrakcji, tym bardziej, że jest ich sporo, a większość wizyt jest zaplanowana – wynika to z odległości, jaką mają do pokonania potencjalni goście. Piszę większość, bowiem zdarzają się, co prawda rzadko, wizyty szczególne. 

Na ten przykład listonosz...

Zazwyczaj nawet nie wysiada z samochodu, trąbi i to wystarczy. Adresat pędzi zdyszany po przesyłkę. Ja, niestety, nie zawsze słyszę. Wówczas listonosz wchodzi do domu bez pukania, wchodzi jak do siebie. A co, jakbym chciała pobiegać po domu nago? Hmmm, akurat na listonoszu nie zrobiłoby to wrażenia – to wiem. Chwilę po listonoszu znowu ktoś mi łazi po chałupie… Biegnę, bo nie wiem czy to koty się gonią po korytarzu czy może złodziej?

- Liczniki spisuję – mówi do mnie człowiek na korytarzu. No tak. Ani dzień dobry, ani nic. On też nie puka. Dziwny zwyczaj. Inny zwyczaj – mówiąc poprawnie. Mówię mu: dobrze. I zamykam drzwi za inkasentem – tym razem na klucz.

Dzień odwiedzin zakończyła sąsiadka, która już wie, że żebyśmy zareagowali trzeba zapukać w szybę – przyniosła świeże ryby. Cudownie. Wcześniej zostawiała ryby w wiadrze przed drzwiami. Po prostu.




Co za dzień, tylu gości, a ja ani ciastka, ani kawy nie zaproponowałam. Zaskoczyli mnie wszyscy troje. Pozostały po nich trzy pewniaki: 

1.  przyszedł oczekiwany od dawna list (bo z tą pocztą to nie jest takie oczywiste, że nas znajdzie), 

2.  nie napawa mnie optymizmem wizja nadciągającego rachunku za prąd (zważywszy, że upiekłam w okresie świątecznym więcej ciast niż przez cały rok),
3. ryby na jutrzejszy obiad, no i wiem, że przygotuje go mąż (nie potrafię obierać i preparować ryb – niestety).


A jutro… jutro też będzie dzień.

12.02.2015

Pączkiem w oko

Tłusty czwartek. Można bezwstydnie pochłaniać kalorie… Dzięki temu zyskamy pomyślność na cały rok. Im więcej pączków tym lepiej!

Receptur na pączki jest mnóstwo. I ich historia sięga kilka wieków. Te cudne kule kalorii zostały udoskonalone dzięki wpływom kuchni francuskiej. Oświeceniowi cukiernicy doprowadzili je do perfekcji, bo przedtem, jak pisał Jędrzej Kitowicz, ciężkim i twardym pączkiem można było komuś podbić oko… 

„Staroświeckim pączkiem trafiwszy w oko, mógłby go był podsinić, dziś pączek jest tak pulchny, tak lekki, że ścisnąwszy go w ręku, znowu się rozciąga i pęcznieje jak gąbka do swojej objętości, a wiatr zdmuchnąłby go z półmiska.”
Jędrzej Kitowicz, Opis obyczajów za panowania Augusta III


Wraz z oświeceniową modą na wyrafinowane i delikatne smaki rozpowszechniła się potrzeba poznawania nowoczesnych receptur. Pomógł w tym Wincenty Wielądko wydając po polsku książkę kucharską z francuskimi przepisami. A w niej przepisy na pączki śmietankowe, pączki z jabłek i brzoskwiń, z brioszów, z pomarańcz, z mąki ryżowej… Ślinka cieknie? Zapraszam do lektury, może ktoś się skusi zmierzyć z XVIII-wiecznymi recepturami?

Współcześnie też mamy wersji pączkowych bez liku. Oczywiście moda na advokaty i inne temu podobne nadzienia trafiła na prowincję i w każdym wiejskim sklepie można zamówić pączki o przeróżnym wkładzie. Tradycyjnie, w dawnych przepisach również dawano wybór w nadzieniu. Płatki róży są dla mnie najbardziej romantyczne, zważywszy na zbliżające się święto miłości, o którym było ostatnio. Róże są niesamowicie aromatyczne, a przy tym smakowite. Mniam.

Jednak mój numer 1 to pączki tradycyjne, z nadzieniem powidlanym. A najlepsze i najokazalsze można zjeść w Chrystkowie. Pani Łukasik, autorka pączków niemalże oskarowych, jest znana na cała okolicę. Można także skosztować jej wyrobów podczas Festiwalu Smaku w Grucznie. Jeśli się ładnie poprosi przygotuje ona zapewne pączki nie tylko na tłusty czwartek.

Ja, będąc jedynie teoretykiem jedzeniowym, choć uwielbiam praktykować konsumpcję, nie podchodzę do tłustego czwartku zbyt ambicjonalnie. Pączki mojej roboty – chyba jeszcze nie miała miejsca taka sytuacja. Ale mogę podzielić się z leniwcami przepisem na pączusie, trochę oszukane, ale bardzo smaczne i proste.

Wystarczy: 1 serek homogenizowany, 3 jajka, 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia, 1,5 szklanki mąki, 3 łyżki cukru, szczypta soli. 
Z tych składników robimy ciasto, które wałkujemy dość cienko, wykrawamy kółeczka - uwaga – kieliszkiem. Takie maluchy smakują najlepiej!!!. 
Teraz wkładamy na gorący olej i gotowe!
Najlepiej smakują na ciepło z cukrem pudrem, nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

09.02.2015

Seks na prowincji


Nie będę tu pisać o moim życiu erotycznym – bez obawy. Nie będę pisać o życiu seksualnym „dzikich”. Choć temat to dość kuszący, bo wybuchów miłości, skrytych namiętnych romansów, o których wszyscy wiedzą, też by się kilka znalazło. Historie o nieszczęśliwych związkach, ich owocach, o zazdrości, a nawet detektywistycznych wątkach muszą poczekać na lepszy moment.



Tym razem będzie ze smakiem, choć i trochę rubasznie.



Od kilku lat miasto, na terenie którego mieszkam, promuje się jako miasto zakochanych. Pretekstem mają być relikwie świętego, patrona epileptyków, szaleńców oraz zakochanych. 


źródło: etnomuzeum.eu
źródło: chelmno.pl














Przy okazji działań promocyjnych organizowanych przez instytucje, z którymi jestem związana zawodowo, początkowo jako obserwator, potem uczestnik, a w końcu organizator rok w rok biorę udział w wydarzeniach promujących kuchnię miłosną. W tym roku odbędzie się trzeci turniej kulinarny o tematyce afrodyzjakalnej. 

By było mniej egzotycznie, a bardziej lokalnie, tradycyjnie i swojsko udaje mi się „przemycić” regionalne specyfiki, które jak najbardziej za afrodyzjaki mogą uchodzić.



Gotują uczniowie szkół gastronomicznych, młoda kuchenna krew, co nie oznacza, że mało kreatywna. Oj, mają oni wyobraźnię. Czarują na talerzach… W 2014 roku jednym z produktów, z którym się zmierzyli podczas walentynkowych zmagań był fjut, czyli cyrop z buraka cukrowego. Produkt jak najbardziej tradycyjny. Jedna z drużyn przygotowała – idąc po linii dziedzictwa kulinarnego: ruchanki.


Kociewianki produkują
Autorka najlepszego fjuta
 - Marzena Przytarska













Strzał w dziesiątkę: Ruchanki z fjutem. Jak się podoba?

Kilka miesięcy po tym wydarzeniu uczestniczyłam w spotkaniu wspaniałych kobiet z Koła Gospodyń Wiejskich w Jeżewie. Rozmawiałam z nimi o specjałach regionalnych, wkradła się anegdota o seksualnej treści kulinarnej… Okazało się, że moje ukochane dziś Babeczki znają fjuta, choć w innej postaci. Nie buraczanego, ale maślankowego. Wkradły się wspomnienia, wypłynęły na wierzch anegdoty, odkurzył się przepis na kociewskiego fjuta. 


Fjut z Jeżewa

Klasyka w nowoczesnej formie










Dziś nie ma jarmarku, festiwalu, pokazu, na którym Jeżewianki pojawiłyby się bez tego sprośnego duetu. Fjut z maślanki w towarzystwie ruchanek to pozycja obowiązkowa na ich stoiskach. A przy tym dużo śmiechu, żartów, dystansu do samych siebie. I miłości do tego co robią.


Sama radość!!!