13.08.2018

Spełniona kobieta smaży powidła


Tegoroczne lato jest wyjątkowo gorące. Upały dają się we znaki ludziom, zwierzętom i roślinom. Po wyjątkowo ciepłej wiośnie, przy łaskawych „zimnych ogrodnikach”, drzewa uginają się od owoców. Taki płodny rok, można powiedzieć: klęska urodzaju. Stare drzewa nie dają rady, osłabione gałęzie nie wytrzymują ciężaru owoców.


W moim mieszczańskim ogródeczku rosną dwie stare śliwy. Już wczesną wiosną wszystko wskazywało na to, że owoców będzie sporo. Śliwki kwitły pięknie, były niezwykłą ozdobą naszego miejskiego ogrodu. Ilość owoców niestety sprawiła, że kilka gałęzi pod ciężarem się ułamało. Co ciekawe, pomimo braku jakichkolwiek oprysków, owoce nie są robaczywe. Owoców nie brakuje, dzielimy się z sąsiadką i obie mamy już imponująco zapełnione spiżarnie. Wychodzę za dom, patrzę na całe to dobro, czuję się wspaniale.



Po powrocie z wakacji czekały na mnie fioletowe, soczyste i słodkie owoce, część zdążyła już spaść z drzewa. Niestety większość z śliwek, które spadły nie nadawały się do przerobienia. By straty były jak najmniejsze owoce trzeba zerwać. Już kilka razy stałam na drabinie, napełniałam wielkie miski owocami. Nie powiedziałam przy tym jeszcze ostatniego zdania.
Cóż można zrobić z takiej ilości śliwek? Oczywiście powidła.


Z powidłami kojarzy mi się mój pierwszy wyjazd na plenerowy festyn z produktami tradycyjnymi – Święto Śliwki do Strzelec Dolnych pod Bydgoszczą. Potem wielokrotnie brałam udział w smażeniu powideł w Grucznie. Wielki miedziany kocioł wypełniony węgierkami stawiany nad żywym ogniem robi wrażenie. Coroczne smażenie powideł trwało po kilka godzin, mieszanie drewnianym bocianem, chodzenie wokół kotła i oczekiwanie, aż powidła będą gotowe… a potem degustacja ze świeżym chlebem… Pycha!

W środku miasta ogniska nie rozpalę, powidła robię zatem na kuchni gazowej. Rytuał podobny, choć na mniejszą skalę. Nie jest to trudne, wymaga jednak wiele uwagi i czujności.

Umyte, pozbawione pestek śliwki wkładam do największego garnka. Wypełniam go po brzegi i włączam najmniejszy ogień. Ważne, by garnek miał grube dno i dużą powierzchnię parowania.


Moje śliwki, bardziej niż węgierki puszczają sok, bardzo dużo soku. Doprowadzenie ich do konsystencji gęstego smarowidła, jakim są powidła trwa zatem bardzo długo. Na początku nie robię z nimi nic. Gotują się we własnym soku, jest go tyle, że nie ma obawy przypalenia. Przy innych gatunkach śliwek pewnie trzeba od razu być bardzo czujnym.
Kiedy sok zaczyna się redukować, a z pełnego garnka zostaje pół jego zawartości, należy zwiększyć czujność. Trwa to zwykle wiele godzin, jednak proces smażenie domowych powideł można rozłożyć na raty. Najlepiej zająć się tym w dniu wolnym od pracy i innych obowiązków.

Ja bardzo lubię ten moment, kiedy śliwki zaczynają przypominać powidła, a w całym domu pachnie obłędnie. Wówczas mieszamy powidła, by się nie przypaliły. Może to trwać kolejne godziny, delikatnego muskania, mieszania, głaskania śliwkowej masy. Kiedy poznać, że powidła są już gotowe? Kiedy masa jest naprawdę gęsta, nie ma soku, a powidła gęsto odklejają się od drewnianej łyżki.


Najlepiej by powidła były bez cukru, mają same w sobie dużo słodyczy, i pod koniec smażenia naturalny cukier się karmelizuje. Jeśli okazuje się, że są zbyt kwaskowate można dosypać cukru, ale pod sam koniec smażenia. Cukier jest naturalnym konserwantem, więc można go użyć, choć ostrożnie. Powidła muszą być nieco wytrawne.


Jeszcze gorącą gęstą masę przekładam do słoików, zamykam na gorąco, bo wówczas nie trzeba już pasteryzować.


Oczywiście tyle godzin cierpliwego oczekiwania na letni smakołyk trzeba sobie jakoś wynagrodzić. Jak to robię? Smaruję kromkę masłem i ciepłymi jeszcze powidłami. Zamykam oczy. Uśmiecham się, są doskonałe. Jestem kobietą spełnioną… Prawie spełnioną, bo najlepsze jeszcze przede mną!



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza