31.01.2018

Śnieżna zima i tęsknota za zielenią, czyli jarmuż w mojej kuchni


Przez kilka moich prowincjonalnych lat marzyłam o prawdziwej śnieżnej zimie. Marzyłam, że śnieg zasypie wszystkie drogi i będę mogła bezkarnie siedzieć w domu, przy gorącym piecu, jeść jabłka upieczone w duchówce, czytać książki, marzyć… Oczywiście to bardzo romantyczna wizja, która nijak się miała do rzeczywistości. W rezultacie cierpiałam rozpalając w niesfornych piecach, walcząc z dymem, kiedy zapchał się komin, marzłam i modliłam się o wiosnę… Tym bardziej, że zimy były szare i bure, i mokre…



Pierwsza zima w mieście nie powala śnieżnym krajobrazem, święta znów były pogodowo beznadziejne, na szczęście ostatnie dni przyniosły nieco bieli. Zaśnieżone stare miasto, miasto, które zwalnia z powodu białych ulic. Niejeden kierowca pewnie bluźni, a ja się cieszę. Lubię jak jest biało. Nic nie poradzę. I lubię zimę w mieście, bo w domu jest ciepło, nie tracę czasu na „ogrzewanie” ogniska domowego, a jak chcę nastoju – proszę męża, by rozpalił w kominku.



Ale tak na wsi, jak i w mieście, w połowie stycznia zaczynam odczuwać brak różnorodności w kuchni. Do coraz większego zaangażowania zmobilizowała mnie córka, która oznajmiła, że została "wegetarianką ze skłonnościami do weganizmu"! No cóż, będę ją wspierać, będę starała się prowadzić kuchnię jeszcze bardziej różnorodną, warzywną i zdrową.

W soboty odwiedzam, w miarę możliwości, toruński rynek. Tym razem, wraz z mężem, zakupiłam same dobroci od lokalnych rolników. Brukiew, pasternak, żółte ziemniaki i wspaniały, zielony – Jarmuż.


Ten ostatni ożywił naszą weekendową dietę. Przygotowałam go w sposób prosty, bo wiedziałam, że taki sposób będzie strzałem w dziesiątkę. Zrobiłam chipsy z jarmużu. Pierwszy raz jadłam takie podczas jednego z konkursów kulinarnych w Grudziądzu. Wtedy, w ogóle jadłam po raz pierwszy jarmuż. 
Robiłam je potem samodzielnie kilka razy, z zaskoczeniem zorientowałam się, jak wiele przepisów na tą zdrową i smaczna przekąskę można znaleźć w sieci. Szukając przepisów „Wege” zaczynam od Jadłonomii, ale staram się zawsze przepisy modyfikować i dostosować do gustu moich milusińskich.


Jak robię te chipsy?
Z bukietu wybieram najpiękniejsze liście, myję je. Wycinam grube łykowate części i zostawiam tylko najbardziej delikatne, pokręcone zielone liście. Teraz trzeba je delikatnie skropić olejem. Dobrze jest zmieszać olej z ulubionymi przyprawami, np. wędzona papryką oraz z solą, a czasem posypać sezamem. Nie może być tego oleju zbyt dużo, bo chipsy będą tłuste, kiedyś smarowałam jarmuż za pomocą pędzelka, ale ostatnio skrapiam troszkę i potem mieszam wszystko rękoma. Następnie wykładam liście na blachę, wstawiam na kilka do kilkunastu minut do piekarnika nagrzanego do 170-180 stopni. Warto pilnować i uważać, żeby nie spalić liści. Im mniejsze kawałki tym mniej czasu potrzeba.
Po wyjęciu z piekarnika powinny być nadal zielne, ale równocześnie chrupiące. Samo zdrowie.


Chipsy z jarmużu lubię ja, mój mąż i dzieciaki też. Na szczęście nigdy nie miałam problemu z grą w zielone w mojej kuchni. Pierwszym stałym pokarmem moich dzieci był szpinak i uwielbiają go do dziś… Polecam Wam grę w zielone… Zwłaszcza w te zimowe dni.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza