12.09.2016

Weekend na kulinarnym wypasie

Wieś może się niektórym kojarzyć z nudą, ciszą i powolnym tykaniem zegara. Moja wieś od czasu do czasu tak dudni życiem, że trudno się połapać, w którym aktualnie miejscu się znajduję, czy czasem nie trzeba już zmienić położenia.



Oczywiście troszkę przesadzam, ale tej przesady nie ma aż tak wiele. Przykładem może być ostatni weekend. Było w czym wybierać, choć ja wyboru nie miałam. Wynikało to po pierwsze z mojego zaangażowania w jeden z projektów oraz zaciekawienia czymś nowym, obiecująco brzmiącym.

Unia Europejska rozpieszcza jeszcze lokalnych działaczy, przyznając środki na organizację imprez promujących lokalne dziedzictwo. Tak też się stało, w przypadku otwarcia Mennonickiego Szlaku Kulinarnego. W Nadwiślańskiej Chacie w Luszkowie państwo Brzykcy otworzyli swoje progi dla smakoszy, chcących poznać smaki kuchni mennonickiej. Miło jest odwiedzać miejsca piękne, kameralne, miło spotykać znajomych wytwórców. Było tak też w Luszkowie. Jagnięcina, gęsina Piotra Lenarta, Sery Janusza i Barbary Adamczyków z Kosowa, szarlotka Topolanek, półgęski i pasztety Renaty Osojcy.  I wiele więcej, ale...



Wszystko znane doskonale. Mimo, że kuchnia nieznana. Wydaje mi się, że czegoś jednak na tym pięknym miejscu brakowało, by uwypuklić kulinarny charakter wydarzenia. Za mało gotowania, za dużo polityki. Może jestem zbyt drażliwa, może zbyt rozpieszczona, nie wiem. Na kulinarnych imprezach nie wystarczy postawić stragany. Kulinarna impreza nie może być jedynie jarmarkiem, kopią innych jarmarków. Na imprezie, na której promuje się kulinaria musi się dziać.  Nie może być gastronomii statycznej. Musi być ruch, smak i aromat. W Luszkowie trochę mi tego zabrakło. Nie wiem czy zachęcił mnie ten szlak. Ale nie chcę pisać recenzji, być zbyt krytyczna. Poczekam na kolejne edycje imprezy oraz na zdarzenia i smaki jakie znajdę na wspomnianym szlaku. Moja rada, z całą sympatią i wiarą w powodzenie przedsięwzięcia: mniej polityki, więcej kuchni.



Na innym szlaku „Tradycji i Smaku”, tuż za progiem smakowałam o wiele więcej. Podczas Pikniku w Stuletnim Sadzie w Topolinku działo się kulinarnie sporo, smacznie i ciekawie. Była to trzecia edycja wydarzenia i widać gołym okiem, że impreza z roku na rok się rozkręca, rozrasta. A ja znów rozsmakowałam się w kilku produktach. Rok temu uwiódł mnie smalec bez smalcu, który na konkurs kulinarny zgłosiło KGW Topolanki. W tym roku zjadłam fantastyczną maślaną szarlotkę z ciastem niezwykle kruchym i faktycznie maślanym. Można powiedzieć - szarlotka marzenie. Miałam też szczęście zasiąść w jury i oceniać przetwory z jabłek i potrawy mięsne z jabłkiem. Bo jabłko, jak to w sadzie być powinno, było kulinarnym bohaterem. I dobrze. Jabłuszko zasmażane do mięs, które przygotowały panie z KGW Gruczno było dla mnie hitem tegorocznym. Niebanalne, odświeżające, niezamordowane w obróbce jabłko, które doskonale, jak się okazało w kolejnym konkursie, zgadzało się z roladkami schabowymi. Koła Gospodyń kolejny raz udowodniły, że są mistrzyniami doprawiania, przyrządzania soczystych mięs, kruchych szarlotek i fantazyjnych przetworów. Energią też mogłyby zarażać.

Do tego wszystkiego na Pikniku odbyły się kulinarne pokazy. Można było zobaczyć jak się robi racuchy z jabłkami, polędwiczki z jabłkową konfiturą, gęsinę z jabłkiem ze Stuletniego Sadu, czy wykwintne policzki wołowe podane na pięknym nowoczesnym talerzu w towarzystwie jabłek i nasturcji. Tradycja, nowoczesność, doświadczenie i powiew młodości. To wszystko w dobrym stylu, wszystko ze smakiem.

Jak dobrze, że sezon na jabłka dopiero się rozkręca. Jak pokazały gospodynie z KGW, szefowie kuchni, a także okoliczna młodzież, biorąca udział w kulinarnych zawodach, jabłko smakuje świetnie. I to pod wieloma postaciami.

Jedyne, co trochę zastanawia, to fakt, że mało kto pokusił się o podanie smaku zakorzenionego w tradycji, czy to lokalnej czy rodzinnej. Wywiad dowodził raczej inspiracji Internetami.

A że Internety to też poniekąd ja, to może ktoś się zainteresuje czy zainspiruje starodawnym przepisem, który gdzieś tam znalazłam… A ponieważ upały się w tym wrześniu pięknie rozkręcają, przygotowałam przepis na coś orzeźwiającego do picia.

Upominek dla matek i gospodyń, 1896 r.

Jabłecznik. Wziąć kwaskowatych jabłek, można nawet leśnych, 50 funtów, pokrajać je na kawałki i wsypać w beczułkę, najlepiej kupioną od kupca po winie. Wlać na to 25 kwart wody rzecznej lub źródlanej, włożyć 10 funtów miodu lub cukru, postawić beczułkę w piwnicy, przykryć płótnemi zostawić na 3 do 4 tygodni, aby się przefermentowało. Potem zlać ten sok w inną beczułkę, a na pozostałe jabłka nalać taką samą ilość wody i dołożyć tyleż, co wpierw, cukru. Gdy przefermentuje się, jak poprzednio, odlać go i po raz trzeci jabłka świeżą wodą nalać. Następnie wszystkie trzy ilości otrzymanego w ten sposób jabłecznika zlać w jedną większą beczułkę, aby była pełną, bo inaczej pleśnieje, i zostawić w spokoju na jakie 6 miesięcy. Poczem można ściągnąć jabłecznik w butelki i zakorkować, a w miarę potrzeby używać go do picia. Jeżeli piwnica zimna, to jabłecznik może zostać w beczułce dłużej, niż sześć miesięcy, bo wtedy wolniej fermentuje.



Smacznego Moi Mili!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz