25.01.2016

Szczęśliwa kura domowa i makaron babuni


Końcówka stycznia. Dzień Babci i Dzień Dziadka. Dzieci rysują laurki, dzwonią, życzą zdrowia, szczęścia i pomyślności. Cieszę się, że mają Dziadków w komplecie. To niezwykły dar i wielkie szczęście. Ja znałam tylko rodziców mojej mamy, rodzice taty odeszli do nieba zanim się urodziłam, choć opowieści o nich tak często towarzyszyły rodzinnym wieczorom, że mam wrażenie jakbym znała ich doskonale. Ale to z Babcią Zosią i Dziadziusiem Antonim spędzałam realny czas. Najpierw wczesne dzieciństwo, do trzeciego roku życia, potem wszystkie weekendy, ferie i wakacje, nie wspominając o świętach. To był dla mnie czas święty.

Dziadkowie, jak to bywa byli niezwykli. Dziadek srogi i wymagający, ale kochany i bardzo mądry. Babcia była prawdziwym aniołem, który opowiadał bajki jak nikt inny. Niezwykle elegancka, co wieczór zakładała na włosy wałki, a potem rano cieszyła się swymi gołębimi lokami. I przy tym zawsze pachnąca. Uwielbiała perfumy i kremy… Dziadkowie, moje Anioły… Patrzą na mnie i pewnie się uśmiechają, bo są w końcu razem, a tak bardzo się kochali…

Moje dzieciństwo o u Babci na prowincji pamiętam bardzo dobrze. Zwłaszcza zimy, kiedy w piecu płonął ogień, a piekarniku piekły się jabłka z sadu. Babcia uwielbiała jabłka, zwłaszcza kosztele. Oglądałyśmy razem seriale i razem przegryzałyśmy pokrojone w ćwiartki owoce.

Zastanawiam się jaka potrawa kojarzy mi się szczególnie z Babcią i czasem jaki u niej spędzałam. Wydaj mi się, że najbardziej pamiętam niedzielne obiady, bo wtedy przyjeżdżali rodzice, ciocia z wujkiem. Wszyscy siedzieliśmy przy okrągłym stole. Niby taka prosta sytuacja, ale bardzo ważna, prawda?

A jak niedzielny obiad to obowiązkowo rosół. A jak rosół to makaron. Babcia robiła makaron sama. Pamiętam stolnicę, wbijane jajka, wałek, i zawody, by pokrojony makaron był jak najbardziej cienki. Czy ktoś jeszcze robi makaron sam? Ale tak co niedzielę? Przyznać się?



Pamiętam rewolucję, Babcia dostała maszynkę do makaronu. Ciasto nadal robiła sama, a pokrojone paski przepuszczała już przez maszynkę. Makaron wychodził wówczas idealny, równy, bez zarzutu. Ręce się już nie męczyły.

Przygotowanie makaronu miało jeszcze jedno wspaniałe oblicze. Babcia zostawiała dla nas wnuków kawałki ciasta, które kładła na rozgrzanych fajerkach. Nie pamiętam jak nazywała te podpłomyki, ale pamiętam ich smak i zapach lekko przypalonej mąki. Proste, a jakie magiczne.

Ponieważ w mojej kuchni stoi i działa taka kuchenka opalana drewnem, nie mogę oprzeć się pokusie przygotowania owych placuszków z makaronowego ciasta. A ponieważ dziś niedziela, to będzie rosół. Z makaronem Babuni oczywiście. Tradycyjnie, bez żadnych maszynek do makaronu. Makaron przedrewolucyjny. Zatem do dzieła!



Potrzebujemy następujących składników: mąkę, jajka, wodę, sól. Proporcje w zależności od ilości makaronu. 
Ja robiąc makaron po raz pierwszy w życiu nie wiedziałam czy i jak wyjdzie. Użyłam więc tylko szklankę mąki, jedno jajo i wody tyle, by wyrabiane ciasto nabrało odpowiedniej konsystencji. 

Mąkę przesiewamy na stolnicę, robimy górkę, w której wydrążamy dziurkę, w którą wbijamy jaja. Następnie, używając metody, którą pamiętam z dzieciństwa, używając dużego noża łączyłam jajko z mąką, potem dolewałam odrobinę wody i zagniotłam ciasto ręką.

Wyrobiona kulę, która nie przykleja się już do rąk, ani do stolnicy podzieliłam na mniejsze części, każdą cieniuteńko rozwałkowałam, podzieliłam na paski, popruszone mąką złożyłam razem i pokroiłam. Starałam się cieniutko, ale to wcale nie było takie łatwe. Myślę, że to tylko kwestia wprawy i następne porcje, które wyjdą spod moich rąk będą bliższe ideału.


Kiedy już całe ciasto zostało pokrojone popruszyłam je jeszcze raz mąką i kilka razy nad stolnicą podrzucałam je delikatnie, by się upewnić, że nie są posklejane.
Partiami wrzucałam do wrzącej lekko osolonej wody, by po kilku minutach odcedzić. 
W smaku bardzo przyzwoity, zniknął w mgnieniu oka, razem z rosołem. 



Rosół na niedzielnym stole podawany był zawsze w wazie. Był klarowny, bo gotował się kilka godzin na małym ogniu. Nie trzeba było dodawać żadnych ulepszaczy smaku, pod ręką był przecież zawsze lubczyk. Oczywiście prawdziwy rosół powinien być ugotowany na kurze, a jaja do makaronu też koniecznie od szczęśliwych kur. Ja mam na szczęście sąsiadkę, która takie jaja mi dostarcza, więc wszelkie jajeczne eksperymenty kulinarne opieram na takich właśnie wiejskich składnikach.

I w ten sposób pokazałam dzieciom i mężowi, że są na Prowincji nie tylko szczęśliwe kury, co znoszą szczęśliwe jajka. Na Prowincji proszę Państwa żyją też szczęśliwe kury domowe.

14.01.2016

Depresja w Dolinie


Nie było mnie tu długo, ale już wracam i zbieram siły na nowy dobry rok!

Tak się składa, że moja nieobecność związała się z pewną niedyspozycją, o której tylko kilka zdań. Ale nie żałujcie mnie przy czytaniu. Nie tego potrzebuję! Pragnę inspiracji, mocnego i szczerego uścisku dłoni, motywacji i spokoju.

Już w ubiegłym roku pojawił się wpis o tym, że mimo przeciwności losu czuję w sobie moc. Tak naprawdę trochę wtedy przedobrzyłam… Nie zdawałam sobie specjalnie sprawy z tego co się faktycznie dzieje. A działo się działo. Ja tu pisałam o smakowitościach, próbowałam relaksować się przetworami, a tak naprawdę słabo mogłam cokolwiek jeść. Czasem dopadała nie ogromna chęć na słodkości, potrafiłam pochłonąć 3 pączki na raz, do tego nawet dokładałam batonika. I robiło się lepiej. Ale nie nie nie, nie będę pisać o problemach z wagą, nadwagą ani niedowagą. Problem tkwił gdzie indziej, ale słodkie szaleństwo było jednym z subtelnych objawów.

Kiedy zdecydowałam się na prowincjonalne zaangażowanie wiedziałam, że przewartościowanie dotychczasowego życia może nie być łatwe. Ale wyobraźcie sobie, że nie brak wygód rodem z cywilizowanego świata sprawił mi psikusa. Palenie w piecu, woda ze studni, czy wizyty w wychodku traktowałam jako doświadczanie kultury ludowej, która podobno już dawno temu umarła. Traktowałam moją przeprowadzkę, jako etnografię doświadczalną, a każdą trudność komentowałam: „badania, badania…” Puszczałam oczko do moich nowych doświadczeń.

Trudniej było w innych sprawach, takich właśnie cywilizowanych. Problemy w pracy i związane z tym przeróżne perturbacje, na które spuszczę zasłonę milczenia, dały mi do wiwatu. I tak oto trafiłam w ręce specjalisty od duszy. Ból całego ciała, ciągłe napięcie, niedyspozycja, brak koncentracji i wiele innych objawów, takich jak chociażby nieustająca senność nie pozwalały mi normalnie funkcjonować. Pan doktor, z którym spotykam się regularnie pomaga mi wyjść na nowe tory, dalej prowincjonalne, ciekawe i wspaniałe. Depresja, a w zasadzie epizod depresyjny, a tak naprawdę uświadomienie sobie tego i podjęte w porę dobre decyzje dały mi kopniaka. I nastał czas zmian.

Bo o to chodzi, by coś się działo, by iść na przód z podniesioną głową, przez błoto, przez zaspy, ważne by wchodząc do domu otrzepać porządnie buty.

Kolejna lekcja za mną. Nie zapycham się pączkami ze sklepu, objadam się własnym makowcem, pysznymi obiadami, które sama robię. Lubię nawet obierać ziemniaki. Przy depresji organizm ma problem z, nazwę to bardzo prosto, krążeniem serotoniny – hormonu szczęścia. A podobno sposobem na jej przyswajanie jest tzw. 3 x S, czyli: słodycze, seks oraz słońce. Niech Wam tego nie zabraknie w tym roku i w ogóle!

Żeby nie było zbyt nadęcie i markotnie, dziś z braku słońca i męża (bo pojechał do miasta) dostarczę sobie słodyczy karnawałowo i tradycyjnie. Zamierzam pierwszy raz w życiu przygotować faworki, zwane też w moim rodzinnym domu chrustem. Przepis tym razem nie od teściowej, ale od mamy, która faworki robi znakomite.

3 szklanki mąki
5 żółtek
4 łyżki gęstej śmietany
łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżki spirytusu (ewentualnie octu)



Składniki wymieszać i ugnieść jednolite ciasto, które następnie (co sprawia niezwykłą frajdę) ubijać wałkiem. Wyrobione i gładkie ciasto przykryć ściereczką i odstawić na ok. 15 minut. Następnie podzielić na części i cieniutko rozwałkować. Kolejny etap to też niezła i odprężająca zabawa. 



















Wycinamy długie prostokąty, w których robimy wycięcie. Przewijamy, zawijamy i tworzą się takie ładne surowe faworki, jak na zdjęciu. Gotowe wrzucamy na gorący tłuszcz. Tradycyjnie na smalec. Ja miałam w domu jedynie olej, użyłam go, a faworki wyszły niczego sobie. Następnym jednak razem spróbuję smażyć je na smalcu. Wystarczy chwila, by w gorącym tłuszczu faworki urosły i zarumieniły się. Wyjmujemy je wówczas na naczynie wyłożone papierem, który wchłonie nadmiar tłuszczu. Po ostygnięciu tylko posypujemy cukrem pudrem. Smakowite chruszczące zawijasy świetnie poprawiają nastrój. Polecam.


Życząc Wam smacznego, chcę napisać jeszcze jedno. Jeśli ktoś Wam kiedyś powie, że Wasze problemy to nie są prawdziwe i poważne problemy zastanówcie się, czy taka osoba zasługuje na Waszą uwagę. Problemy są niemierzalne, nie można ich zważyć jak mąki. Ważne jest to co czujesz, ważne, by mieć przy sobie osoby, które wspierają, a nie tylko komentują, pouczają i wiedzą lepiej. Dbajcie o siebie i nie dajcie się!
Zajadajcie faworki i zaglądajcie na Prowincję!