04.08.2015

Lato na wsi


Lato na wsi brzmi równie sielsko jak życie na prowincji… W zacienionej okolicy domu, w którym mieszkam nie czuć ukropu. A jeśli nawet zrobi się ciut za gorąco można schłodzić się zimną lemoniadą z czarnego bzu. Syrop schodzi jak zwykle wyśmienicie, znów obiecuję sobie, że w przyszłym roku zrobię więcej. Dorosłych gości, którzy odwiedzają nas i wspólnie z nami siedzą przy ognisku raczę syropem do piwa.

To lato jest jednak dziwne. Nie było zbyt wielu ciepłych nocy, a teraz to już klops. Jak mawiają: „od Anki zimne wieczory i poranki”. Szkoda, znowu lato ucieka niesłychanie szybko.


Skończyły się czereśnie, skończyły się wiśnie. czekam nieustannie na dojrzałe pomidory, które w mym małym ogródeczku zaowocowały nadspodziewanie obficie. Rozszalała się też pietruszka, którą zasiałam rok temu. Wybujała i dość dziwaczna – kwitnąca bujnie rozsieje się ponownie – bez mojej interwencji. Jest piękna, nie będę jej ujarzmiać. Jest i pan lubczyk, moje ulubienie. Pani sałata, fasolka i ogórki są na bieżąco pożerane. Taki jest smak tego lata - ogórkowo-lubczykowo-pomidorowy! Trochę tego jest, nie będę tu pisać o trudzie pielęgnowania grządek, bo daleko mi do doskonałej ogrodniczki. 


Powiem jedno – podziwiam ludzi pola. Niedaleko nas mieszka rodzina, która może się pochwalić porządnym ogrodem. Każdy kawałek ziemi zagospodarowany. Z jednej strony maliny, mnóstwo malin… po drugiej stronie ulicy, za domem, całe dobrodziejstwo warzywno-owocowe. Gospodarz spalony słońcem, niczym bohater westernu, skórę ma ciemną. Pracuje od rana do zmierzchu, a mimo to ma ciągle uśmiech na twarzy. Pracuje tak cała jego rodzina, babcia, dziadek, żona. Widok kojący moje skołatane serce. Zawsze z uśmiechem, zagadają, pogadają. Lubię do nich podjechać pod pretekstem kupienia jajek, malin czy pomidorów. Porządni, pracowici i uczciwi ludzie. Cenię takich bardzo.



Na drogi, te wąskie – prowincjonalne – wjeżdżają kombajny. Jako kierowca nie przepadam za tymi monstrami, ale jako właścicielka sporego bagażu wspomnień z dzieciństwa na wsi, mam do nich ogromny sentyment. Pamiętam te emocje, kiedy miał przyjechać zamówiony kombajn. Pamiętam emocje związane ze żniwami. Smak oranżady pitej na polu, a właściwie pod jedynym drzewem stojącym przy polu, jedynym, które dawało cień. Stawiała się wtedy cała rodzina, wujkowie, ciotki, kuzynowie… I pierwszy raz prowadziłam traktor. Miałam wtedy może z 10 lat?

źródło: www.polona.pl

Rolnikiem nigdy nie będę, nie będę też idealnym ogrodnikiem. Ale moje małe radości, w postaci nie do końca wypielonego pomidorowego zakątka, sprawiają mi ogromną frajdę. Każdy wolny dzień zaczynam od wizyty. Oglądam pomidory, mówię do nich, liczę owoce… i czekam na ich pełną czerwień. Choć sam zapach pomidorowych krzewów jest kojący…
I chciałoby się zatrzymać takie chwile na zawsze, rześkie poranki, nadzieja w sercu i pełne słońce, przed którym zawsze można się schować w cieniu ogromnych lip lub wiązu.


3 komentarze:

  1. brudzenie sobie rąk ziemią i obserwowanie jak wszystko rośnie, to najlepszy sposób na relaks jaki znam. Pozdrawiam z miejskiego (balkonowego) ogródka :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie, ręce ubabrane w ziemi, ziemia za paznokciami... Dzięki, mam kolejny temat - mniej może elegancki, ale za to prawdziwy, niczym wczorajszy dzień ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Moje życie na wsi jest bardzo inne od Twojego. Ale uwielbiam usiąść na tarasie z kubkiem kawy ...

    OdpowiedzUsuń