10.08.2015

Prowincjonalne ochłodzenie kulinarne

Wróciłam z wakacji. Pięć dni razem z rodziną i przyjaciółmi spędziłam w Olsztynie. Warmia od czasów studenckich jest dla mnie miejscem wytchnienia i odpoczynku. Upalne dni spędzałam w cieniu lub schładzałam się wariując z dziatwą w olsztyńskich jeziorach. Błogość, błogość, błogość…

Każdy beztroski czas ma swój kres. Urlop zbliża się ku końcowi, nasza wyprawa również musiała się zakończyć.

Po powrocie do domu, po szalonym przywitaniu z kotami, pobiegłam do ogródka. Kilka dni, tylko kilka dni beze mnie, bez mojego gadania, a rośliny rozbujały się jak szalone. Pomidory zdrowo zarumienione, ogórki lekko przerośnięte, no i wszystko na swoim miejscu, choć obawiałam się, że plony zniszczy tropikalny upał.


Tak, tak, prawdziwie letnia pogoda i brak chłodzącego jeziora wprawiła mnie w szalony ogrodowo-kuchenny nastrój. Zaraz po przebudzeniu pobiegłam zebrać warzywa. Buraczki ćwikłowe, tego roku mają premierę na prowincjonalnych rabatkach, dziś miały premierę w kuchni. I było to bardzo miłe spotkanie. Spotkanie z lubczykiem i moimi pięknymi i soczystymi ogórkami. Chłodnik chodził za mną od rana, był wyzwaniem, gdyż nigdy wcześniej nie odważyłam się go zrobić. A niektórzy powiadają, że nie ma nic prostszego. Postanowiłam zrobić go na swój własny sposób, wykorzystując tylko to co rośnie na uprawianych przeze mnie grządkach.


Umyte buraczki, po odcięciu wąsów, a także część botwinki włożyłam do niewielkiej ilości gotującej się wody. Dołożyłam tez sporo lubczyku, gotowałam na małym ogniu przez ok. 15 minut. Doprawiłam solą i pieprzem,  dolałam troszkę octu z kwiatu czarnego bzu, który kupiłam od Józefa Siadaka, autora przeznakomitych Specjałów spod Strzechy.

Wywar sam w sobie był wyborny, buraczki słodziutkie, lekko chrupiące, doskonałe. Po wystudzeniu dodałam pokrojone drobno ogórki gruntowe, a następnie dolałam gęstego jogurtu. Całość wstawiłam na kilkanaście minut do lodówki.




Jak wyszło? Moim nieskromnym zdaniem wybornie. Brakło może trochę koperku, ale dominujący smak buraczka i lubczyku rekompensował wszystko. Chłodząca łyżka po łyżce znikały z talerzy domowników. I to chyba najlepszy dowód. Wszystko do cna zjedzone. Zdrowe, smaczne, zimne i najważniejsze – poza jogurtem wszystko swojskie, to znaczy prowincjonalne i moje.


04.08.2015

Lato na wsi


Lato na wsi brzmi równie sielsko jak życie na prowincji… W zacienionej okolicy domu, w którym mieszkam nie czuć ukropu. A jeśli nawet zrobi się ciut za gorąco można schłodzić się zimną lemoniadą z czarnego bzu. Syrop schodzi jak zwykle wyśmienicie, znów obiecuję sobie, że w przyszłym roku zrobię więcej. Dorosłych gości, którzy odwiedzają nas i wspólnie z nami siedzą przy ognisku raczę syropem do piwa.

To lato jest jednak dziwne. Nie było zbyt wielu ciepłych nocy, a teraz to już klops. Jak mawiają: „od Anki zimne wieczory i poranki”. Szkoda, znowu lato ucieka niesłychanie szybko.


Skończyły się czereśnie, skończyły się wiśnie. czekam nieustannie na dojrzałe pomidory, które w mym małym ogródeczku zaowocowały nadspodziewanie obficie. Rozszalała się też pietruszka, którą zasiałam rok temu. Wybujała i dość dziwaczna – kwitnąca bujnie rozsieje się ponownie – bez mojej interwencji. Jest piękna, nie będę jej ujarzmiać. Jest i pan lubczyk, moje ulubienie. Pani sałata, fasolka i ogórki są na bieżąco pożerane. Taki jest smak tego lata - ogórkowo-lubczykowo-pomidorowy! Trochę tego jest, nie będę tu pisać o trudzie pielęgnowania grządek, bo daleko mi do doskonałej ogrodniczki. 


Powiem jedno – podziwiam ludzi pola. Niedaleko nas mieszka rodzina, która może się pochwalić porządnym ogrodem. Każdy kawałek ziemi zagospodarowany. Z jednej strony maliny, mnóstwo malin… po drugiej stronie ulicy, za domem, całe dobrodziejstwo warzywno-owocowe. Gospodarz spalony słońcem, niczym bohater westernu, skórę ma ciemną. Pracuje od rana do zmierzchu, a mimo to ma ciągle uśmiech na twarzy. Pracuje tak cała jego rodzina, babcia, dziadek, żona. Widok kojący moje skołatane serce. Zawsze z uśmiechem, zagadają, pogadają. Lubię do nich podjechać pod pretekstem kupienia jajek, malin czy pomidorów. Porządni, pracowici i uczciwi ludzie. Cenię takich bardzo.



Na drogi, te wąskie – prowincjonalne – wjeżdżają kombajny. Jako kierowca nie przepadam za tymi monstrami, ale jako właścicielka sporego bagażu wspomnień z dzieciństwa na wsi, mam do nich ogromny sentyment. Pamiętam te emocje, kiedy miał przyjechać zamówiony kombajn. Pamiętam emocje związane ze żniwami. Smak oranżady pitej na polu, a właściwie pod jedynym drzewem stojącym przy polu, jedynym, które dawało cień. Stawiała się wtedy cała rodzina, wujkowie, ciotki, kuzynowie… I pierwszy raz prowadziłam traktor. Miałam wtedy może z 10 lat?

źródło: www.polona.pl

Rolnikiem nigdy nie będę, nie będę też idealnym ogrodnikiem. Ale moje małe radości, w postaci nie do końca wypielonego pomidorowego zakątka, sprawiają mi ogromną frajdę. Każdy wolny dzień zaczynam od wizyty. Oglądam pomidory, mówię do nich, liczę owoce… i czekam na ich pełną czerwień. Choć sam zapach pomidorowych krzewów jest kojący…
I chciałoby się zatrzymać takie chwile na zawsze, rześkie poranki, nadzieja w sercu i pełne słońce, przed którym zawsze można się schować w cieniu ogromnych lip lub wiązu.