13.04.2015

Prowincja i smaki dzieciństwa

Wyprowadziłam się z miasta na Prowincję. To już wiemy. Skusiły mnie smaki, bogactwo nieznanych produktów, wyśmienite historie kuchenne… Początkowo była to podróż w nieznane, a dziś mówiąc i pisząc o tym co tutaj  - piszę jak o „swoim”. Zaczęłam się z tym prowincjonalnym „czymś” utożsamiać. Zachłysnęłam się wyjątkowością owych krętych festiwalowych ścieżek. „Moja Prowincja, moje podróże, odkrycia kulinarne” – powtarzałam jak mantrę i oswajałam tą rzeczywistość ciesząc się każdym jej kęsem.

Ale o czymś ważnym zapomniałam. Uświadomiłam to sobie w ubiegły weekend.

Wróciłam na chwilę do rodzinnego miasteczka. Rozmawiałam o tamtejszych smakach ze wspaniałymi kobietkami. I takiego sobie apetytu narobiłam na moje ulubione smaki dzieciństwa, na to, co gdzieś – nie wiadomo dlaczego i kiedy - wyparłam. Trochę zaniedbałam tą moją prywatną Prowincję, z której kiedyś tak chętnie uciekłam. A przecież tyle tam smaków, fascynujących, prostych, moich…

Choćby takie dziady. Przecież je uwielbiam… A jadłam je ostatnio może z dziesięć lat temu.
Zapętliłam się na tej nowej prowincji zapominając o tym skąd wyjechałam. I głośno powiedziałam moim rozmówczyniom, że na północy jednak mi czegoś brakuje: kaszanki gryczanej, klusek na łachu i dziadów właśnie…




A robi się je niezwykle prosto:

Ugotowane gorące ziemniaki zasypujesz mąką (proporcje „na oko”), ugniatasz szybko i zwinnie, by się mąka zaparzyła (stąd też inna nazwa – „prażoki”), potem formujesz łyżką kluseczki, kładziesz na talerz, dodajesz uprażonej cebulki lub boczku i gotowe. Proste i niebywale smaczne!

Pewnie już nie wrócę na stałe do mojego miasteczka (wiem, wiem – nigdy nie mów „nigdy”), ale o tych smakach nigdy nie zapomnę i myślę, że teraz muszę i te pielęgnować w sobie. W myśl zasady, którą powtarza mi mój mąż: tam dom twój, gdzie serce twoje – myślę, że dziady, gziki i inne przysmaki będą mi o tym teraz częściej przypominać.


Ps. Dziękuję Annie L., prowokatorce tej podróży.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza