13.09.2019

Piątek, czyli pyry z gzikiem


Może moja rodzina nie była dla mnie autorytetem w zakresie przestrzegania cotygodniowego piątkowego postu. Zdarzała się wszak piątkowa kiełbasa, najlepsza z  bigosu, i inne rarytasy, ale jednak to z piątkiem i dzieciństwem kojarzę tradycyjne potrawy bezmięsne.

Najbardziej zapamiętany przeze mnie duet to gzik z pyrami w mundurkach albo inaczej pyry z gzikiem.
Nie ma nic prostszego. Obiad taki przygotowuje się w 15 minut.
Zastanawia mnie skąd pochodzi określenie „w mundurkach” dla ziemniaków ugotowanych w skórce. Najlepsze zawsze były te wyjęte prosto z parownika. Tak. Na wsi u babci, gdzie spędzałam większą część mojego dzieciństwa były świnie, specjalnie dla nich była przygotowana pasza na bazie parowanych ziemniaków, otrębów i czegoś jeszcze, czego nie pamiętam. Mnie jako dzieciaka i resztę moich kuzynów i kuzynek interesowały tylko ziemniaki - gorące, parzące w ręce. Miały też swój niesamowity zapach, inny niż ziemniaki gotowane w domu.




Kiedy parowanie w wielkim parniku kończyło się, ustawialiśmy się gęsiego i każdy z nas dostawał swoją porcję. Do tego było masło i sól. Łapkami obieraliśmy łupiny, smarowaliśmy masłem, soliliśmy… co to była za frajda. No i smak… Prosty i niezwykły za razem. Smak wakacji, smak beztroski, smak ziemi, w której się bawiliśmy całymi dniami. Kiedy teraz zamykam oczy i myślę o tych sytuacjach słyszę śmiech zgrai dzieciaków, szczekanie psa, żarty… Słyszę głos wsi Tomisławice. Mam przed oczami dziadka siedzącego na ławeczce pod wielkim jaworem i babcię stojącą na ganku. To był piękny, smaczny czas. Wszystko było takie proste, nawet smaki.

Wracając do piątkowego obiadu. Pyry już w zasadzie mamy. Jeśli ktoś nie ma wiejskiego parownika, wystarczy że ma garnek z przykrywką bądź szybkowar. Należy wybrać średniej wielkości ziemniaki, ważne, żeby były mniej więcej tego samego rozmiaru. Włożyć je, nieobrane [sic!] do garnka z gotującą się wodą, ale wody nie może być za dużo. Ważne, żeby się uparowały, a nie ugotowały. Zapełniony garnek przykrywamy pokrywką. Niech się parują, ok. 15-20 minut.
W tym czasie możemy przygotować gzik. Dopełnienie smaku.

Gzik to nic innego jak dobrze rozgnieciony twaróg (ja wybieram półtłusty), wymieszany z kwaśną śmietaną. Najlepiej zrobić twaróg samemu, podobno to nic trudnego. Ale wiadomo, że z dziś w sklepach mleko już nie takie. Jeśli kupujecie gotowy twaróg dobrze zakupić taki, który pochodzi z lokalnej mleczarni. Doprawiony do smaku solą i pieprzem, podaję w wariantach z czosnkiem lub drobno posiekaną cebulą. Bajkowo wygląda i smakuje również ze świeżym szczypiorkiem. Ale zieleninę można podać na oddzielnym talerzu i dodawać do gzika na sam koniec. Nie musi to być tylko szczypiorek, może być nać pietruszki, rzeżucha, rukiew wodna, kolendra, bazylia, cokolwiek Wam przyjdzie do głowy.


Po wymieszaniu nabiału mamy jeszcze chwilę. Możemy go włożyć do lodówki, zimny gzik lubię najbardziej.
Kiedy ziemniaki kończą się parować wyjmujemy je na miskę, kładziemy na stół, obok wykładamy gzik. Teraz tylko od nas zależy w jakich proporcjach będziemy dobierać składniki i jakich dodatków będziemy używać. Moja mama obierała wszystkie ziemniaki, ja tego nie robię, podaję w mundurkach, bo uważam, że to cały urok w własnoręcznym ich obieraniu. Do zestawu można podać masło, zawsze na stole powinna stać solniczka i pieprzniczka.


Takie to proste. I pyszne. Pewnie dlatego niezmienne od lat. Od pokoleń!

09.09.2019

Czas na demokratyczną sałatkę ziemniaczaną


Kiedy kończy się lato trochę mi smutno, to nic dziwnego i pewnie większość z Was ma podobne przemyślenia...  Nie ukrywam jednak, ze w tym roku na myśl o jesieni oddycham z ulgą, bo upały zmęczyły mnie niemiłosiernie. Podczas skwaru nie mam ochoty jeść, a co dopiero krzątać się po kuchni i myśleć o niej twórczo. Cieszę się na koniec lata i początek jesieni, bo kulinarnie jest to piękny czas. Doceńmy to :)

Podczas tego lata najchętniej jadłam chłodniki. Nic odkrywczego dla wielu z Was i dla moich najbliższych również. Latorośle za chłodnikami nie przepadają, dlatego musiałam kombinować dania, przy których nie musiałam spędzać godzin nad gorącymi garami.




Były więc często sałatki. Jedną, którą zrobiłam na szybko któregoś upalnego dnia, dzielę się dziś z Wami, bo podbiła moje, mojej rodziny i znajomych serca, a raczej podniebienia. Jest dziecinnie prosta, orzeźwiająca i smaczna, i kolorowa.  
I ma tylko 4 składniki:

ziemniaki ugotowane w mundurkach
cebula czerwona
ogórki kiszone 
koperek

olej, sól, pieprz, opcjonalnie wyciśnięty czosnek.

Nie podam wam proporcji, bo to kwestia indywidualna. Najwięcej objętościowo jest ziemniaków, dlatego sałatka nosi nazwę ziemniaczanej. Reszta tak naprawdę tę sałatkę doprawia. To Ty decydujesz ile dodasz ogórków i reszty!!!




Ziemniaki wybieramy sałatkowe, takie, które się nie rozsypią po ugotowaniu. Ja od dwóch lat kupuję od rolnika na ryneczku galę i bardzo nam smakuje i do sałatek nadaje się idealnie. Zawsze do sałatek najpierw gotuję ziemniaki w mundurkach. Tak sobie stygną, potem je obieram i kroję jak już są zupełnie zimne. Pokrojone ziemniaki wkładam do miski i dodaję oleju, żeby się za bardzo nie posklejały. To nam ułatwi wymieszanie sałatki na dalszych etapach.

Kolejno dodaję:

  • drobno pokrojone ogórki kiszone, własnoręcznie przygotowane latem,
  • czerwoną cebulę bardzo drobno siekaną,
  • na koniec posypuję wszystko świeżym koperkiem, który kocham bezgranicznie.




Teraz pozostało nam wymieszanie wszystkiego i doprawienie solą pieprzem, ewentualnie wyciśniętym świeżym czosnkiem. Teraz czas włożyć sałatkę na kilka godzin do lodówki, żeby smaki się przegryzły.




Nie dodaję majonezu, choć można by było. Lubię wersję light, fit, czy jak to nazwać :). Lubię tą wersję prostą, bo choć składa się tylko z czterech składników jest charakterna. 

To sałatka demokratyczna, to Ty decydujesz jakie będą proporcje ogórka do ziemniaka i cebuli. Życzę, żeby balans został zachowany :) Życzę również dużo koperku, bo on pomaga w ewentualnej niestrawności.

Smacznego.

26.07.2019

Leniwe, na koniec tygodnia


Przychodzi ten czas, wyczekany piątek, godzina 15.30. Wracasz do domu. Przed Tobą weekend, wiesz, że chcesz go dobrze zacząć. Jeśli dobrze, to i smacznie.

Piątek to tradycyjnie dzień postny. Co prawda, odkąd mamy w domu wegetariankę mięsa ci u nas jak na lekarstwo. Zwłaszcza w taką pogodę. Staram się jak mogę robić obiady sama, nie używać półproduktów i gotować tradycyjne dania. Staram się gotować potrawy, które z radością zjedzą moje dzieci. Czasem sięgam po przepisy babci, mamy, teściowej, lekko je odchudzając, podaję je moim bliskim z czułością.

Dziś też. Drżały mi ręce i mocno biło serce, bo zmierzyłam się z przepisem teściowej. Pierogi leniwe, które robi na specjalne zamówienie dla moich dzieci nie mają konkurencji. Ja nigdy wcześniej ich nie robiłam, dziś zatem miały premierę w mojej kuchni.
To kolejny prosty przepis, choć nieco bardziej wymagający niż zaproponowana ostatnio potrawka z cukinii i marchewki.

Do pierogów leniwych potrzebujesz :
Twarogu - 250 g,
2 jaja,
Szklankę mąki,
Sól,
Masło,
Bułka tarta.

Białka jaj ubijamy na sztywną pianę.
Żółtka ucieramy z twarogiem. Do utartej masy dosypujemy mąkę, wyrabiamy, na koniec delikatnie łączymy z ubitym białkiem, odrobinę solimy. Ten proces wykonujemy w misce, będzie wygodnie.


Ciasto wykładamy na stolnicę. Oczywiście potrzebujemy jeszcze mąki, żeby podsypać pod klejące się trochę ciasto. W razie potrzeby dosypujemy mąki do ciasta. Dzielimy je na części, wałkujemy, kroimy tak jak kopytka, można w kostkę, kto jak lubi. Ja zrobiłam leniwe a’la kopytka. Wkładamy na wrzącą osoloną wodę, po wypłynięciu gotuję je jeszcze ok. 3 minut. Odcedzamy, podajemy, jemy.


Można je polać masełkiem, jeść w wersji wytrawnej albo na słodko.
U mnie dziś były z cukrem, cynamonem i bułką tartą i świeżą miętą. Były doskonałe, ale trochę za mało. Dzieci zjadły wszystko, mi zostały tylko 3. Następnym razem podwoję proporcje. Podany przepis wystarcza dla dwóch nienażartych nastolatków.


W kuchni lekki nieład, ale warto. W końcu przed nami cały weekend, można posprzątać w spokoju, nikomu się nie spieszy.
Smacznego.

25.07.2019

Szybki obiad w środku tygodnia


Etat ma wiele plusów. Pensja co miesiąc, regularny tryb życia, praca od do, składki na ZUS odprowadzone. Jest jeden problem, wracając z pracy między 16 a 17 nie mam już siły i ochoty na nic. A w domu czekają głodni nastolatkowie, rozpieszczeni kulinarnie, oczekujący, że zawsze będzie smacznie. Obiadów na zapas nie robię, bo zjadają to na śniadanie i obiad trzeba robić tak czy siak.

Żeby codzienne jedzenie było urozmaicone i smacze muszę korzystać z wypróbowanych pomysłów. Patentem są szybkie posiłki, które jednak z niezdrowym fast foodem nie mają wiele wspólnego. W sytuacjach kryzysowych przychodzi kasza kuskus i cukinia. Dziś zdradzę wam przepis na obiad, który spokojnie w 20 minut można przygotować i nakarmić 4 osobową rodzinę. Koszty też niewielkie, a smak całkiem przyjemny.

Potrzebne będą: młoda marchew, cukinia, czosnek, przyprawy (słodka papryka suszona, kurkuma, cynamon, sól, pieprz, curry, cokolwiek lubicie)
Na początek obraną marchew kroję w cieniutkie plasterki (mogą być słupki, ale to mi zabiera więcej czasu), może być starta (ale ja wolę pokrojoną, bo wolę w wersji delikatnie chrupiącej). Na patelni rozpuszczaj i podgrzewam masło klarowane (tak, kocham kuchnię na maśle, kiedyś o tym pisałam!), na rozgrzane wsypuję plasterki marchewki. Lubię jak się podrumieni.


W tym czasie kroję cukinię, lubię młodą, której nie trzeba obierać ani wydrążać pestek. Ma lepszy smak i ładniej wygląda. Oczywiście mam wolną rękę w pogotowiu, żeby mieszać marchewkę i pilnować, żeby się nie przypaliła. Wstawiamy ją na mały ogień!


W tym samym czasie wstawiamy wodę w czajniku. Wszystko kwestia organizacji.
Na marchewkę wrzucamy pokrojoną cukinie, doprawiamy, mieszamy, cukinia puszcza sok, wszystko się ładnie dusi. Przyprawy takie jak kurkuma, słodka papryka i cynamon, nadają nie tylko smaku i aromatu, ale też ładnie barwią potrawę. Ma teraz czas, żeby przejść smakiem, można podlać delikatnie wodą, żeby się nie przypaliło.


Woda już zagotowana? Zalewamy wrzątkiem kuskus, zgodnie z instrukcją na opakowaniu. W czasie, kiedy kasza uzyskuje idealna konsystencję, nasza warzywna doskonałość jest już prawie gotowa.


Myślę, że nie minęło 20 minut. Danie gotowe. Szybko, zdrowo, kolorowo.
Polecam cukinię także w innych wariantach. Moje danie jest sprawdzone, warzywa soczyste, chrupiąca jeszcze marchewka i nie przeciągnięta cukinia tworzą kompozycję bardzo przyjemną. To prawdziwy letni obiad. A kuskus robi się sam. Z warzywami smakuje świetnie. A jak zostanie jego resztka – można przygotować orzeźwiającą sałatkę.
Przepis na taką sałatkę zdradzę niebawem. Smacznego.

29.03.2019

Syrop z pigwowca - najlepszy na przeziębienie



Mam nadzieję, że zima pożegnała się z nami na dobre, że odtąd tylko: zieleń, kwiaty i słońce. Od jesieni szaleją paskudne wirusy, trzymają długo, nie chcą odpuścić. Na szczęście nasza czwórka jakoś przetrwała ten paskudny czas. Ja tylko kilka dni przeleżałam w łóżku, kurując się w sposób naturalny. Ale wielu znajomych choroby i przeziębienia trzymały długo i nie chciały odpuścić.



Ulubione naturalne wspomagacze naszej odporności to od kilku lat niezmiennie: syrop z kwiatów czarnego bzu, o którym pisałam tutaj albo syrop z mniszka lekarskiego przepis znajdziesz klikając tu. Najdłużej jednak w moim domu króluje syrop z pigwowca, który od wielu lat przygotowuje moja mama. Zawsze wracając z Turku do domu zabierałam ze sobą gotowe słoiki. Ubiegłej jesieni zmierzyłam się z pigwowcem sama.



Mój tata, jako że ma świetną rękę do roślin, rozmnożył ten piękny krzew, który jest wielkości ogromnego żywopłotu pod domowym tarasem. Pełni on kilka funkcji, przede wszystkim ozdobną i owocodajną. A że pigwowiec to samo dobro, każdy z nas wie.


Jednym z pigwowcowych rarytasów jest syrop, który bardzo chętnie dodajemy do herbaty. Zwłaszcza w jesienne, zimowe i wczesnowiosenne dni. Ma bardzo dużo witaminy C. Jest kwaskowy, działa na herbatę jak cytryna, ale jest o wiele bardziej wartościowy. Jeśli sami zbieraliśmy owoce, wiemy gdzie rosły i jesteśmy przekonani, że nie były podlewane czy spryskiwane żadnym świństwem to jesteśmy w doskonałej sytuacji.
W październiku ubiegłego roku kilka wieczorów spędziłam na przygotowywaniu tego rarytasu. W całym domu roznosił się zapach lekko cytrusowy, orzeźwiający. Tamtego roku pigwowiec obrodził pięknie, owoce miał dorodne, niczym jabłka. Żółte, złociste i aromatyczne.

Jabłuszka umyte najpierw proponuję przekroić na pół albo na ćwiartki, żeby łatwiej było wyjąć nasionka. Potem kroimy dość drobno. Pamiętajcie, że nie tylko syrop, ale owoce z tego syropu doskonale nadają się do konsumpcji!!! Krojenie pigwowca nie jest łatwe, owoce są dość twarde, najlepiej przygotować dobry nóż.


Pokrojone dobro kładziemy do miski lub garnka, zależy ile mamy tego skarbu, i zasypujemy cukrem. Ile cukru? Nie za mało. Cukier powoduje, że owoce puszczą sok, a na tym nam zależy. Poza tym cukier pełni tu funkcję konserwującą.. Zasypane pocięte jabłuszka zostawiamy na noc, a nawet dłużej, by zakryły się naturalnym syropem. Pachnie obłędnie. Po kilkunastu godzinach przekładamy nasze dobro do słoików i poddajemy delikatnej pasteryzacji.

Mojego pigwowca starczyło na cała zimę, mogłam nim obdarować znajomych, sąsiadów. Sama nie żałowałam sobie ani dzieciom, ani mężowi.

Nie martwcie się, jeśli zostaną wam owoce. Można je jeszcze wykorzystać. W jaki sposób? Robiąc na nich nalewkę albo dobierając wódeczkę, do takiego trunku lubimy dodać nieco miodu. Mikstura ta jest równie smaczna i aromatyczna, no i przede wszystkim zdrowa.
Polecam Wam. Niech żyje pigwowiec.





26.03.2019

Zupa krem z cukinii na wiosenne przesilenie


Jeśli obserwowaliście moje konto na Instagramie (@prowincjaok) zauważyliście zapewne, że ostatnimi czasy tęsknię za kolorami w kuchni. Dziś postanowiłam przygotować obiad na zielono. Co prawda dzień św. Patryka dawno za nami, ale któż zabroni nam kolorowej kuchni. Jeszcze w zielone gramy…


Pogoda paskudna, w marcu jak w garncu, słońce, chmury, deszcz, krupa śnieżna, śnieg, wiatr i zimno – tak było właśnie dziś, we wtorek 26 marca. Rozgrzana słońcem Normandii, rozczarowana pogodą po powrocie zakupiłam całą torbę warzyw. I przygotowałam rozgrzewający obiad. Miał być na dwa dni, ale niestety – jutro też jest dzień, dzień innego obiadu.


Co zrobiłam? Po kolei.
Potrzebne mi były:
Na zupę krem: 
Cebula, 2 sztuki
Cukinia, 3 sztuki,
Bulion warzywny,
Ziele angielskie, liść laurowy, sól, pieprz, kurkuma, natka pietruszki, czosnek.


Cebulkę podsmażyłam na oleju razem z zielem i liściem laurowym. Kiedy zaczęła się rumienić dodałam pokrojoną w kostkę cukinię, podprażyłam razem chwilkę i zalałam bulionem, tak tylko, by przykryć warzywa. Dodałam troszkę soli, pieprzu, kurkumy, część natki pietruszki. Kiedy wszystko się już ładnie ugotowało wyjęłam liście i ziele, dołożyłam drobno pokrojony czosnek i resztę natki pietruszki. Wszystko zblendowałam na gładki krem. Wyszło obłędnie zielono.


Ponieważ sama zupa nie zaspokoi moich najbliższych, obok ugotowałam kaszę burgul, a w piekarniku upiekłam (15 minut) pstrąga ( do niego tylko ciut soli, pieprzu i obrana cytryna w plastrach do środka). Wyjęłam również fasolkę szparagową z zamrażalnika (wiem, wiem, to nie jest sezon na fasolkę, ale ta była pyszna!).

Tak powstał nam świetny, szybki i piękny obiad. Zainspirowana wyjazdem i wypoczęta zabawiłam się w złożenie niestandardowego talerza. Niby postny obiad, a jednak wymiatał. Raził po oczach swoją zielonością, odżywił nas i smakował przednio.



Konstrukcja piramidy:
Zupa (gęsta, prawie jak mus), na środku porcja kaszy, na kaszę fasolka, na fasolkę pstrąg.
Dla smaku ozdobiłam, czyli doprawiłam olejem rydzowym. Dopełnienie smaku.

Obiad szybki, zdrowy, wege, czyli postny.
Polecam Wam. Wygnajcie nudę z kuchni!!!

Jeszcze w zielone gramy… 
Nie dajmy się przesileniu, nie przesypiajmy życia, bawmy się.


25.03.2019

O tym, jak się rozsmakowałam we Francji



Nie często podróżuję. Rzadko „bywam”, nie chodzę nagminnie do restauracji. Nie znam topowych miejsc, a jak już czasem do nich docieram, to zbyt często [nie oznacza, że zawsze SIC!] kończy się to rozczarowaniem. Nie wiem dlaczego tak jest, może mam pecha? Nie czuję się komfortowo w miejscach hipsterskich, może nie rozumiem, nie doceniam, nie jestem douczona w zakresie doceniania pretendentów do kulinarnych gwiazdek.

Jestem za to przyzwyczajona do strawy prowincjonalnej, prostej w formie i treści. Nie da się oszukać domowego sernika czy zrazów, a kopytka domowe dyskwalifikują wszelkie próby podejmowane przez chef’ów.

Są miejsca, które jednak mnie nie rozczarowują i mimo, iż na mojej prowincji czuję się najlepiej, to Francja, której smaki już trochę poznałam zawsze rozpieszcza mnie kulinarnie. Rozkoszuję się każdym kęsem bagietki, sera i łykiem wina. Może dlatego tak bardzo mi smakuje francuska kuchnia, bo odzwierciedla praktykowaną od wieków filozofię prostoty smaku, a przez to jego głębię. We Francji nie opieram się też przed odrobiną luksusu. Może niespecjalnie pasuję do takiego świata, ale… To tak jak piękny sen.
W tym roku mój wyjazd do Francji był spontaniczny. Pod Paryżem w Saint Germain en Laye świętowałam nadejście wiosny. Rozpieszczana przez francuską rodzinę mogłam spróbować potraw wyjątkowych i być w wyjątkowych miejscach.


O tej porze roku w kuchni brakuje mi kolorów i świeżości, dlatego mogąc zamówić w restauracji coś nieznanego nie waham się. Tym razem pierwszego dnia pobytu próbowałam sałatki z owocami morza. Wiadomo, że tam, nie położą na talerzu rozmrożonego produktu,  dostępność świeżych darów morza jest czymś oczywistym. I uwierzcie, łosoś smakuje inaczej, pełniej, a krewetki, w każdej postaci są niemalże słodkie. Mają smak. Duże wąsate krewetki, które kucharz ułożył na górze soczystej sałaty i wędzonym łososiu, smakowały świetnie, a radość sprawiło ich obieranie i jedzenie rękami. Prawdziwa frajda spożywania z najbliższymi rarytasów, popijanie świetnie dobranym winem, wprawiły mnie w iście świąteczny nastrój.


Celebracja posiłku we Francji jest wyjątkowa. Ale wiecie, co najbardziej wprawia mnie w zachwyt? To, że w środku tygodnia, w porze kolacyjnej, restauracja była pełna, przy stolikach siedziały rodziny, małe dzieci, dla których była to sytuacja naturalna, wszyscy wesoło gwarzyli, popijali wino. Dla nich może sytuacja zwyczajna, dla mnie uczta dla ciała i ducha. Na szczęście, i wierzę, że wejdzie nam to także w nawyk, Polacy też coraz chętniej wychodzą do restauracji. Choć to nadal niecodzienne, a raczej świąteczne wydarzenia, u nas też może być pięknie i smacznie.


Weekend spędziłam w Normandii. Słońce, szum morza, przypływy, wiatr we włosach. Dobrze zrobić sobie czasem kilka dni wolnego. Spakować się i wyjechać. Spotkanie siostrzane jest zawsze bardzo smaczne. Kilka wiosennych dni było prawdziwą kulinarną ucztą. Jak zawsze przywożę z Francji trochę świeżych przepisów, tymi podzielę się niebawem, bo najpierw muszę je na ojczystej ziemi zrealizować. Tekst, który czytacie ma być jedynie smakowitą relacją moich ostatnich dni.

Przedostatniego dnia pobytu zostałam zaproszona do urokliwej restauracji położonej tuż przy plaży, nad samym morzem. Akurat zachodziło słońce, a było już po 19.00. To kolejny atut, dni są o wiele dłuższe… Niesamowite! Ale wracając do sedna. Restauracja nazywa się Restaurant De La Mer à Pirou. Niezwykłe miejsce, z niezwykłymi właścicielami. Kobieta, która prowadzi to miejsce jest polskiego pochodzenia, świetnie mówi po polsku (uff…), a dania, które serwuje są naprawdę wyjątkowe, smaczne, dużo w karcie owoców morza (w końcu miejsce zobowiązuje!!!), karta zmieniana kilka razy w roku (wiem, w dobrych restauracjach to podstawa) i co fantastyczne, zdarzają się potrawy inspirowane kuchnią polską. Co prawda tym razem elementów swojskich dla Prowincji nie było, ale w końcu będąc we Francji marzyłam o kuchni lokalnej. I wiecie co, było wspaniale. Całego menu nie jestem w stanie z marszu opisać, ale wspomnę dwa dania, które mnie szczególnie urzekły.


Pierwszym z nich był talerz owoców morza: krewetki, ślimaki morskie i ostrygi. I to była moja premiera. Uwielbiam nowości, poza mlekiem i czerniną nie boję się eksperymentów. Ostrygi zamówiłam, choć oczywiście byłam sama siebie ciekawa i swojej reakcji. Pozostałe produkty były mi już znane, ale ostrygi – tylko w teorii. Tym razem zmierzyłam się w tym pięknym i klasycznym rarytasem z godnością. I zakochałam się. Tak, ostrygi są doskonałe!!! Poproszę więcej! Podawane z delikatnym sosem vinegret z szalotką. Spróbowałam i odpłynęłam. Wyobrażałam sobie ich smak i konsystencję inaczej, nie spodziewałam się eksplozji doznań, a jednak. Zdecydowanie jestem fanką ostryg. Nie wiedziałam, że Francuzi zajadają się ostrygami w święta Bożego Narodzenia. Co za naród. Czasem im tej fantazji zazdroszczę.


Dopełnieniem tej rozpusty był deser. Biszkopt z delikatnym jak chmury kremem przekładany konfiturą z pomarańczy. Do tego pomarańczowy sos i grapefruitowy sorbet. Orzeźwienie, lekkość oblana sosem czekoladowym. Dla takich chwil niech szlak trafi dietę. Było bosko, a do tego szampan z mikroskopijnymi bąbelkami, wspaniale schłodzony.
Wszystko takie ekskluzywne, eleganckie, prowincjonalne wcale, wręcz przeciwnie, ale co tam. Czasem lubię poczuć się jak królewna. Do tego za oknem przypływ.

Pierre –Yves i Agnieszka – Dziękuję za tą cudowną ucztę!!!



Kilka dni wolnego i mogłam przenieść się na chwilę do bajki. Było ciepło i pięknie, i wiosna, taka szalona kwiecista, pachnąca… Takiej pogody się nie spodziewałam. Nie wierzcie w przesądy, że w Normandii tylko deszcz i deszcz. Nic podobnego. Za każdym razem, kiedy tam jestem pogoda rozpieszcza. Nie ma okropnych upałów i żar się z nieba nie leje, ale słońca nie brakuje. A przy tym plaże piękne i puste… Ideał.


Oczywiście, żeby nie było – zdążyłam też zatęsknić do polskiego chleba i pierników. Ale tego, mam nadzieję, nigdy mi nie zabraknie.

08.11.2018

Na początku była gęsina…


 Dziś wspomnieniowo, trochę sentymentalnie nawet...

Moje pierwsze warsztaty kulinarne, w których uczestniczyłam, odbywały się w Chełmnie, w Hotelu Centralnym. 



Był rok 2010, 8 listopada, jechałam autobusem do miasteczka, którego nie znałam, do ludzi, których widziałam pierwszy raz na oczy. Okazało się, że większość z nich była mocno obecna w moim późniejszym życiu. .. Ale wracając do sedna, były to warsztaty kulinarne poświęcone gęsinie.




W tym to właśnie roku jadłam gęsinę po raz pierwszy. Próbowałam półgęska, okrasy i to z pewnością ukształtowało moją miłość jaką darzę to mięso. Wówczas prowadzący spotkanie Zbyszek Kmieć i Gieno Mientkiewicz mówili, że ilość jedzonej przez Polaków gęsiny można policzyć w promilach. Poznałam też Renatę Osojcę, królową gęsiny, która hoduje stare rasy gęsi. I robi z nich cuda. A w 2010 roku mówiła mi o swoich planach.



Mam nadzieję, że po niecałej dekadzie rzecz się ma zdecydowanie lepiej.  W 2010 roku półgęsek był rarytasem, który znaleźć było niezwykle trudno, nie wspominam o okrasie, która przygotowana przez panią św. pamięci Małgorzatę Chomicz,  wręcz rozpływała się w ustach. Moc czosnku i lubczyku w dojrzewającym gęsim posiekanym mięsie w duecie z gruczeńskim chlebem  zrobiła swoje. żaden tam tatar z piersi gęsiej. W okrasie musi być tłuszcz i jest mięsem siekanym a nie mielonym!!!


Od 2012 roku to ja przygotowywałam warsztaty gęsinowe, spinałam program i sugerowałam kucharzom kierunek działań. Były spotkania poświęcone tylko podrobom, były gęsi pieczone w całości, było gęsie paté, gęś w karmelu i wiele innych.




Przeróżne to były spotkania, zawsze smaczne i to wszystko spójne.  Gotowali, piekli i smażyli gęsinę: Jean Bos, Maciej Biernacki, Maciek Nowicki, Tomasz Kosiński. Szczególnie pamiętam wyjątkową ucztę, jaką zorganizowałam w starej chacie w Chrystkowie. Przygotował ją Tomasz Kosiński, który na opalanej drewnem kuchni przygotował rosół, gołąbki, konfitowane udka i inne niezwykłe potrawy, które zajadaliśmy z niezwykłym przejęciem.

Gęsina też była obecna na stole po obronie mojego doktoratu. Tą z kolei mogliśmy kosztować dzięki Piotrowi Lenartowi. Było to dopełnienie moich naukowych zmagań z kuchnią staropolską, nie mogło być inaczej, ludzie uniwersytetu docenili smak wytwornej. choć prostej, regionalnej kuchni. Tak się złozyło, że gęsinie poświęciłam część swoje pracy doktorskiej i opublikowałam w książce: "Kucharz doskonały. Historyczno-kulturowy fenomen kuchni staropolskiej"




Dalsze moje przygody z gęsiną to organizacja turniejów kulinarnych dla uczniów szkół gastronomicznych w województwie kujawsko-pomorskim. Pierwsze zorganizowałam razem z Zespołem Szkół Ponadgimnazjalnych w Świeciu i dzięki temu poznałam wspaniała nauczycielką przedmiotów gastronomicznych Sylwię Milczewską i jej wspaniałych uczniów. Już wtedy współpracować zaczęłam z Tomaszem Welterem i jakoś nam się ta współpraca układa do dziś. Gęsina pojawiała się również na śniadaniu prasowym, organizowanym przeze mnie podczas Festiwalu Smaku w Grucznie, we współpracy z Arturem Morozem przygotowaliśmy niebanalne wydarzenie kulinarne.

Mieliśmy okazję przekonać się o tym na różnych „podwórkach”. W ubiegłym roku debiutowałam jako muzealnik. Napisałam i koordynowałam projekt „Tańczył Marcin z Katarzyną, czyli jak smakuje niepodległość. Dziedzictwo kulinarne Kujaw i Pomorza.” To był piękny i smaczny czas. Trzy weekendy, trzy spotkania ze smakiem w Muzeum Toruńskiego Piernika, na każdym inna odsłona gęsiny. Dodajmy, że była to gęsina w piernikach. W tym roku, już za kilka dni kolejna edycja, nie wiem jak Wy, ale ja najbardziej lubię świętować przy stole.



W 2009 roku, kiedy zaczęłam prowadzić badania etnograficzne dotyczące kuchni staropolskiej, w dużej mierze skoncentrowałam się na zabiegach przywracania przerwanej tradycji. Gęsina była idealnym, nośnym tematem do przeanalizowania i opisania. Gęsina i jej powrót same w sobie były dyskursem.





Kiedy, przyjmując zaproszenia z folderów i lokalnej prasy, poszłam z rodziną posmakować gęsiny na toruńskie Jordanki w 2008 roku obeszliśmy się smakiem. Gęsinę wymiotło. Na szczęście były inne ciekawe pokazy – darcia pierza, pokazy wojskowe, czołgi i inne atrakcje, które nawet podobały się dzieciom.  Rok później święto zostało przeniesione na toruński Rynek Nowomiejski, wówczas pojawiło się już kilka straganów, na których można było gęś zakupić, ale nie dla wszystkich starczyło tego upragnionego towaru. Aż dziw, że te kameralne wydarzenia zamieniły się w ogromne, dwudniowe wydarzenia, podczas których z roku na rok przybywa wystawców, nie brakuje również kulinarnych gwiazd, kucharzy i celebrytów. Dla mnie ważne, że gęsina jest dostępna. Sama szykuję się na gęsie udka, by je powolutku konfitować w zaciszu mojej kuchni. Czy mi wyjdzie – nie mam pojęcia. Wyjdzie mi podtrzymanie przywróconej przerwanej tradycji.




21.08.2018

Staropolskie chipsy jabłkowe



Pamiętacie jak pisałam o galaretce z jabłek? To był jeden z pierwszych wpisów na Prowincji. Potem długo nic z jabłkami nie robiłam.
Dziś zmierzyłam się z tymi rajskimi owocami. Wszystko za sprawą daru, jaki otrzymałam od znajomych. Wiadomo, owoców w tym roku pod dostatkiem, żal, żeby się zmarnowały. Musów nie robię, bo te dostajemy je od babci. Dziś, postanowiłam przygotować to, o czym wiele czytałam.


Zrobiłam to, co jest smaczne, a przy okazji zdrowe. Można powiedzieć, że to nowoczesne cudo, modne i w ogóle, ale… Przepisy na ten smakołyk znaleźć można w danych tekstach kulinarnych. Mowa o przekąskach, które powstają z musu.
Jabłuszka przepuściłam przez wyciskarkę wolnoobrotową. Ponieważ owoce były mocno dojrzałe i mięciutkie, sok wyszedł bardzo gęsty. Po odcedzeniu otrzymałam bardzo dużo musu, który postanowiłam wykorzystać.


Sposób na mus jabłkowy mam bardzo prosty.
Cienką warstwę musu wykładam na papier do pieczenia położony na blasze. 
Wkładam do lekko nagrzanego piekarnika i suszę. Trzeba trochę cierpliwości i jeszcze więcej czujności, żeby się nie przypaliło i jednocześnie, żeby cała woda wyparowała. Po około godzinie wyjmujemy z piekarnika i odklejamy od papieru.


 Wychodzą najlepsze na świecie chipsy jabłkowe. Chrupiące, cieniutkie, prześwitujące, jak koronka. Kiedy się kruszą i chrupią są najlepsze. I nie dodajesz do nich nic. To samo jabłko, sam błonnik, samo dobro. Zero cukru. Prawdziwy fit smakołyk!



Ponieważ sporo tego musu czeka na swoją kolej nie omieszkałam eksperymentować. Drugą turę zmieszałam z cynamonem, bo zainspirowałam się przepisem z XVIII-wiecznego rękopisu, w którym opisany jest sposób robienia pierników z jabłek, Pachnie niesamowicie. Z pewnością równie obłędnie będzie smakować.




Piernik z jabłek – receptura z XVIII wieku


Jabłek winnych upiec, a wybrawszy jądra trzy w makutrze, aby białe byli, potym na deszczułke, byle nie sosnową płatek biały zmaczawszy wodą, położyć, a naten poszmarowawszy jabłkami cieką włożyć w piec wolny gdyby niepoczerniały, a jak wyschną powtórzyć smarowanie jabłkami czynić kładąc po razy kilkanaście toż czyniąc, przewrócić Piernik y tym sposobem postępując iakie się iuż czyniło dodać cynamonu niewiele do tegoż piernika, aby miał smak y zapach.