07.04.2020

Gołąbki nieco inaczej albo lasagne kapuściana


Czy jest tu ktoś, kto nie lubi gołąbków? Ja uwielbiam i na gołąbki zawsze znajdę miejsce żołądku. Odmówię deseru, ale dokładki gołąbka - nigdy!!!


Jedyny z nimi problem to dość czasochłonne przygotowanie. Parzenie kapusty, obieranie liść po liściu, wycinanie głąba - wszystko wymaga cierpliwości i precyzji. Dlatego, robiąc gołąbki, przygotowujesz ich cały gar. Nie ma sensu robić mniej, tym bardziej, że nadwyżkę można na przykład zamrozić albo zawekować. 


Mi osobiście nie udało się nigdy zostawić gołąbków na tak zwane “potem”. Wszystkie znikały pierwszego dnia, bez względu na to ile ich przygotowałam.


W ostatni weekend wróciłam z ryneczku z piękną główka młodej kapusty. Chciałam ugotować parzybrodę, ale ostatecznie zakupiłam też w ulubionym małym mięsnym sklepiku świeżo mieloną łopatkę i to był gołąbkowy impuls. Ryż na półce z zapasami, cebula w spiżarce, pomidorki koktajlowe, koperek, a i pomidory w puszcze się znalazły…. Wszystkie składniki gotowe, ślinka cieknie na samą myśl, tylko… coś mi się nie chce ich robić.


W takich sytuacjach, kiedy znajduję się pomiędzy łakomstwem a lenistwem, trzeba znaleźć złoty środek. I tym razem znalazłam. Przygotowałam w bardzo krótkim czasie danie pyszne, syte, można powiedzieć, że eleganckie, w którym smak gołąbków jest bezsprzecznie wyczuwalny. Pomiędzy moją propozycją a tradycyjnymi gołąbkami nie ma różnicy w produktach, jedynie sposób przygotowania jest inny.


Potrzebujesz:


Duzy garnek, lub brytfannę, lub inne naczynie z pokrywka, które możesz wstawić do gorącego piekarnika bez obawy, że nie wytrzyma wysokiej temperatury. Pokrywka musi być.

Kapustę (ja kupiłam główkę młodej białej kapusty, ale myślę, że świetnie sprawdzi się także kapusta włoska). Wybierz taki produkt jakiego używasz do przygotowywania gołąbków zazwyczaj i jaki Ci najbardziej smakuje.


Przygotuj też farsz, według uznania - mięsny lub wegetariański. 
Ja zrobiłam tradycyjny - z mięsa mielonego, gotowanego ryżu, podsmażonej cebulki. Wszystko wymieszane, doprawione do smaku (głównie sól i pieprz). Nie dodałam jajek. Nigdy ich nie dodaję do farszu w gołąbkach.


Jak postąpić z tymi zacnymi składnikami?


Na spodzie naczynia układasz pierwsze kapuściane liście. Są najgrubsze, najbardziej twarde. Wykładasz dno brytfanny najlepiej podwójną warstwę liści. Następnie nakładasz warstwę mięsa, potem znowu liście, potem znowu farsz i tak dalej - w zależności ile masz przygotowanych produktów.


Ważne, żeby na samej górze naszego przekładańca była kapusta zakrywająca farsz.
Tak przygotowaną gołąbkową lasagne podlewam odrobiną wody - żeby nam się nic nie przypaliło. Nakładamy pokrywkę i wkładamy do nagrzanego piekarnika (180-200 stopni), na 45 minut. Po tym czasie wyjmujemy z piekarnika. Na wierzch kapusty kładziemy masło oraz pomidory (miałam tylko koktajlowe oraz puszkę krojonych pomidorów, więc wykorzystałam obie możliwości). Tego masła to tak kilka ukrojonych listków, takie płatki maślane dla podkręcenia smaku. Ozdabiam, dla koloru i smaku świeżym koperkiem. Wkładam na kolejne pół godziny do piekarnika.



W międzyczasie ugotowałam ziemniaki, które podałam jako puree z masełkiem i śmietanką, ozdobione i dosmaczone koperkiem.
Pierwszy raz robiłam to danie i powiem Wam, że wyszło rewelacyjnie. Po pierwsze sposób pozwala Ci przygotować danie szybko i bez dodatkowych czynności - parzenie kapusty i oddzielanie liści i zawijanie gołąbków, po drugie smak nie różnił się znacznie od tradycyjnie zawijanych gołąbków.
Kroi się jak tort, rewelacja!!!



Jestem wielbicielką gołąbków bez sosu, a właściwie w sosie własnym. Poza tym nigdy mi gołąbkowy sos pomidorowy nie wychodził. Tym razem się udało, ale dopiero po zjedzeniu pierwszej porcji naszego wyśmienitego dania.Zgromadzony płyn, rosołek, wywar, przelałam do małego garnuszka, dodałam odrobinę jeszcze koncentratu pomidorowego, zagęściłam mąką, podgotowałam i wyszedł - jak najlepszy sos gołąbkowy od babci :)
Na kolację moje łakomczuchy poprosiły o powtórkę z obiadu, więc tym razem zacne, pokrojone porcje tortu gołąbkowego zostały polane pomidorową esencją.


Róbcie to danie, nie pożałujecie!!!


Przepis z dedykacją dla Julity, mojej Motywatorki w czasach zarazy (i nie tylko)

31.03.2020

Sałatka pełna smaku i witamin - Tabbouleh po mojemu


Kolejny dzień kwarantanny. Skończył się chleb, wczoraj nie upiekłam, bo zbyt wcześnie zasnęłam. Śniły mi się koszmary i wstałam z bolącym kolanem. Tym nędznym myślom i złemu samopoczuciu mówię stop!
W związku z powyższym zamierzam wybrać się w egzotyczne przestrzenie. Tam, gdzie nigdzie jeszcze nie byłam. Wiem, fizycznie to niemożliwe, ale mentalnie? Może mi w tym pomóc smak sałatki, którą na prędce przygotowałam.
Korzystając z zapasów, jakie jeszcze mam, wyciągnęłam kuskus, który sprawdza się w awaryjnych sytuacjach, na przykład w  celu przygotowania na szybko obiadu, kiedy mam lenia, albo sałatki.
Propozycja, którą Wam dzisiaj przedstawiam jest stałym punktem w moim menu podczas letnich, upalnych dni. A ponieważ dziś właśnie brakuje mi słońca, zapraszam je tą sałatką do mojego domu.
Jest to moja wariacja na temat Tabbouleh, sałatki libańskiej, której w oryginale rzecz jasna nigdy nie jadłam. Bo nigdy poza Europę nie wyjechałam, ale może to i dobrze. Jeszcze będą okazje.


Do przygotowania potrawy potrzebujemy
Kuskus (przygotować według wskazówek na opakowaniu, po zaparzeniu musi być jednak dość sypka)
Ogórek
Pomidorki koktajlowe (oryginalnie powinna być papryka, ale ze względu na to, że jeden z domowników papryki nie znosi zamieniam ją na pomidorki)
Czosnek
Natka pietruszki
Mięta, kolendra
Cytryna

Pokrojone warzywa i pociętą zieleninę dodajemy do wystygniętego kuskusu. Do tego dodajemy wyciśnięty przez praskę czosnek i wyciśnięty sok z cytryny. Do szczęścia brakuje jeszcze odrobiny oliwy, która skrapiamy wszystko i delikatnie mieszamy, by wszystkie składniki, a tym samym smaki się połączyły.


Tak przygotowaną kompozycję wkładam do lodówki, żeby się „przegryzło”.
Nie miałam dzisiaj kolendry, która bardzo dobrze w sałatce smakuje, ale użyłam sporo mięty, która przezimowała na balkonie i ma się całkiem dobrze. Zielenina, aromatyczna i zdrowa fantastycznie podkręca smak, tak samo sok z cytryny.
To potrawa szybka, smaczna i orzeźwiająca. Moja głowa odpoczęła podczas jej przygotowania. Może troszkę przesadziłam z czosnkiem, ale ponieważ to naturalny antybiotyk i wzmacniacz, uszanuję jego każdą ilość wszędzie.
Pamiętajcie: jeśli nie macie kaszy kuskus, możecie wykorzystać inną kaszę i z niej zrobić podobną sałatką, w tym przypadku doskonale sprawdzi się burgul. Nie musisz wychodzić z domu. Zerknij do spiżarki, kombinuj ze smakami, eksperymentuj. Odżywiaj się zdrowo!
Zostań w domu!
Dbaj o siebie!

30.03.2020

Pyzy, pampuchy albo kluchy na łachu




Dziś przedstawiam Wam jedno z ulubionych dań mojego dzieciństwa - oto pyzy. Zdaję sobie sprawę, że przygotowanie ich w czasach koronawirusa może być wyzwaniem, bo drożdże są produktem deficytowym, ale jak już ktoś się w nie zaopatrzy, niech zrobi pyzy drożdżowe, pampuchy czy kluchy na łachu!!! Wymagają sporo cierpliwości, ale co to dla nas poczekać, aż wyrośnie ciasto, w czasach zarazy, kiedy i tak jesteśmy zamknięci w domach!!! Mamy więcej czasu na bycie razem i na wielkie gotowanie.




Pyzy, czyli kluchy na łachu albo pampuchy są tanią opcją i zaręczam Wam, że z podanego przepisu wystarczy porcji dla czteroosobowej rodziny. Moje łakomczuchy poradziły sobie z tym bez problemu. Zatem do dzieła.

Co nam będzie potrzebne?
2,5 sklanki mąki,
½ kostki drożdży,
szklanka mleka,
2 jajka,
2 łyżki masła
sól, cukier

Najpierw musimy przygotować zaczyn.
Do lekko podgrzanego mleka (nie może być zbyt gorące!) wkładamy rozkruszone drożdże, 2 łyżeczki cukru oraz trochę mąki. Mieszamy wszystko i odstawiamy, żeby zaczyn zaczął procować.
Kiedy zaczyn podwoi swoją objętość, mieszamy go (w misce lub garnku) z mąką, dodajemy sparzone jaja i wlewamy roztopione i ostudzone masło. Dodajemy szczyptę soli. Wszystko mieszamy dokładnie.  Można użyć do tego miksera, ale ja robię to dużą drewnianą łyżką – trochę ćwiczeń fizycznych nikomu nie zaszkodzi. Moja mama i babcia wyrabiały to ciasto ręcznie. Musze przyznać, że robiły zawsze o wiele większą porcję, więc przygotowanie ciasta wymagało nie lada wprawy, ale i siły.


Przygotowane ciasto odstawiamy ponownie do wyrośnięcia. Ja ciasto przygotowuję w garnku, zakrywam czystą ściereczką. I tak sobie rośnie, rośnie, zwiększa objętość o dwa razy albo i lepiej.

Pamiętajcie, że ciasto drożdżowe nie lubi przeciągów, dlatego warto by sobie rosło w ciepłym miejscu! Czy robicie pyzy, czy chleb, a może drożdżówkę – zasada jest ta sama – nie wpuszczajcie do domu zimnego powietrza. Ciasto drożdżowe żyje, rusza się, trzeba o nie dbać, warto mu poświęcić trochę uwagi. Z pewnością Wam się za to odwdzięczy.
Pięknie wyrośniętą masę, przekładamy na stolnicę. Bardzo możliwe, że będzie się kleiło i wyda Wam się dość rzadkie. Wówczas dosypcie mąki na stolnicę i na wierzch ciasta. Wygładźcie je, z czułością je potraktujcie. Delikatnie rozwałkujcie i podzielcie je na małe porcje. Znalazłam w jednej z książek poradę, by formować  kulki wielkości orzecha. Ja po prostu wycinam szklanką kółka. Takie już przygotowane pyzy znowu zostawiam pod ściereczką do wyrośnięcia. Rośnie i rośnie, w tym czasie można przygotować naczynie, w którym pyzy będą parowane.

Moja mama i babcia robiła to w garnku, na który zakładała gazę, wykorzystywano do tego również pieluchę tetrową albo ściereczkę. Stąd też nazwa – kluchy na łachu. Ja używam maszyny do gotowania na parze, którą dostałam z okazji ślubu od przyjaciół ze studiów. Można też do parowania użyć durszlaka, są dostępne również specjalne wkłady do gotowania na parze, które umieszcza się w garnku.
Jeśli nie masz maszyny do gotowania na parze, będą ci potrzebne dwa garnki. Do jednego wlewasz wodę, nakładasz gazę i obwiązujesz gumką lub sznurkiem. Drugim garnkiem przykrywasz parowane pyzy. Ważne, by garnek miał dużą średnicę – wówczas za jednym razem uparujesz więcej klusek.
Wody wlewasz nie za dużo, chodzi o to by się szybko zaczęła gotować. Ale nie za mało, żeby za szybko nie wyparowała – wtedy przypalisz ganek. Pyzy wykładasz na „łachę” dopiero, kiedy zaczyna unosić się gorąca para. Przykrywasz drugim garnkiem i czekasz ok. 7-10 minut. Po takim czasie powinny być gotowe. Potem wkładasz następna porcję. Uważaj, bo uparowane pyzy są bardzo gorące. Nie poparz sobie paluchów!




 Z czym podawać pyzy? Szkoły są różne. Są miłośnicy pampuchów na słodko i są tacy, którzy jedzą je tylko z mięsnym sosem. Moi drodzy wszystko zależy od Waszej wyobraźni. Ja uwielbiam z mięsem i zawiesistym sosem. Na przykład z karkówki albo łopatki podsmażonej a potem duszonej razem z cebulą i grzybami. Do tego doskonale pasują buraczki z mojego przepisu albo ogórki kiszone. Po prostu pycha!!! Można przygotować również wersję wegetariańską – z papryki, cukinii, pomidorów. To już kwestia gustu, upodobań i przyzwyczajeń.

Znam też miłośników słodkich i owocowych dodatków do pyz. Bułka tarta na masełku do polania i do tego cukier, truskawki ze śmietaną, maliny, żurawina, powidła. Czego dusza zapragnie…
Jak przygotujecie pyzy, sami wybierzecie jak chcecie je pochłonąć.
Smacznego!!!

Ps. dbajcie o siebie, myjcie łapki, siedźcie w domu.

29.03.2020

Zielony koktajl witaminowy

Najpierw beznadziejna zima, teraz beznadzieja związana z epidemią sprawiają, że mam mało siły i ochoty na cokolwiek. Jednak nie jestem sama, mam w domu męża i dwójkę dorastających nastolatków. Nie jest łatwo, ale mam o kogo dbać. 

Kiedy na początku epidemii pojawiły się informacje o tym, że ludzie wykupują ryż i makaron pomyślałam, że to spotęgowanie katastrofy.


www.polona.pl


Ludzie, jeśli tak będzie wyglądać Wasza dieta - odporność spadnie na łeb na szyję!!!
Zawsze zimową porą odczuwam tęsknotę za kolorami w kuchni. Nudzą mnie już zupy, mięsa, brakuje mi świeżych warzyw. Tęsknię za czasem, kiedy można delektować się chłodnikiem, jeść świeżo zerwane owoce - prosto z krzaczka.

Ta tęsknota, ale i również lęk o nasze zdrowie mobilizuje mnie do jeszcze większego urozmaicania codziennej diety. Dlatego chętnie przygotowuję sprawdzone koktajle, które nie dość, że są fit, są sycące, smaczne i na pewno lepsze niż jakiekolwiek "sklepowe" eksperymenty. I co najważniejsze - moja rodzinka je uwielbia. Ich przygotowanie nie zajmuje też wiele czasu, tak więc widzę w tej propozycji same plusy.

Do naszej mikstury potrzebujemy:
1,5 pomarańczy
1 banana
1-2 kiwi
pół szklanki wody
łyżkę miodu, 
dwie garści liści szpinaku/zamiennie można dodać natki pietruszki
sok z cytryny



Jest to porcja, która w moim blenderze mieści się na raz. Oczywiście, żeby napoić moich domowników wszystko muszę powtórzyć.

Przed obraniem pomarańczy porządnie myję owoce, to nie jest nasz rodzimy owoc, wiele się słyszy o tym, czym pryskane są cytrusy - nie ukrywam, że trochę mnie to przeraża. Generalnie pamiętamy, by wszystkie surowe produkty przed zjedzeniem, przetworzeniem należycie umyć!!! 

Obrane pomarańcze i banan kroję dość drobno (nie mam super blendera z wysokiej półki, więc profilaktycznie, by mój osobisty sprzęt się nie spalił przygotowuję mniejsze kawałki). Wkładam do blendera, dolewam wody (ok pół szklanki) i blenduję. Kiedy płyn ma jednolitą konsystencję dodaję liście szpinaku (ewentualnie pokrojoną natkę pietruszki) i powtarzam blendowania. Na koniec możemy wlać wyciśnięty sok z cytryny i łyżkę miodu. Wszystko ponownie mieszamy.




Wychodzi nam zielony, aksamitny eliksir. To wszystko. Czy może być coś łatwiejszego?
Oczywiście składniki, które podałam, to tylko jedna z wielu propozycji. Niech Was nie ogranicza wyobraźnia. 

Jedzcie owoce i warzywa, zwłaszcza teraz. Zdrowe może być smaczne. Jak widzicie to nic trudnego.

Polecam.




14.12.2019

Narobić sobie bigosu, czyli tradycyjny bałagan w garnku

Nie ma świąt bez bigosu. W zasadzie tak mogłabym zakończyć ten wpis i przejść do przedstawienia mojej receptury. Ponieważ byłoby to mało eleganckie, zdradzę Wam o bigosie kilka tajemnic. Bigos pojawiał się zawsze na stołach imieninowych, urodzinowych i przy każdych ważniejszych okolicznościach rodzinnych. Garnek aromatycznego, soczystego i gorącego dania mieści w sobie nie tylko smak, ale również wiele wspomnień – wesołość imienin rodziców, uśmiech dziadków, podjadanie ukradkiem, choć nikt nigdy nie zabraniał zaglądać do garnka. I ten smak, gdy wracałam na weekendy w czasie studenckim, a nawet i teraz. Czekał na mnie bigos zawsze, no i z bigosu gorąca kiełbasa. Smak i zapach moich powrotów do domu. Kulinarny wehikuł czasu! Mało dietetyczne danie, ale warte grzechu.

Bigos kocham. Teoretycznie, praktycznie, jakkolwiek by nie powiedzieć.

Bardzo często przygotowywałam bigos, kiedy mieszkałam na prowincji. I chyba wtedy wychodził mi naprawdę dobry, tym bardziej, że gotowałam go na kuchni opalanej węglem, a potem „dochodził” w duchówce. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że bigos był u nas zawsze. Czyli zawsze świętowaliśmy. Na samą myśl cieknie mi ślinka. Tym bardziej, że na prowincji sami kisiliśmy kapustę, więc zapasów mieliśmy sporo. A taka kapusta smakuje przecież zupełnie inaczej niż ta kupna.





Mój bigos musi być: soczysty, pachnący grzybami, z dużą ilością mięsa. Na każdym etapie przygotowania smakuje świetnie, dlatego trzeba pilnować, by nie został zjedzony przed podaniem na stół.


Do bigosu potrzebujemy:
  • Kapustę kiszoną, najlepiej swojską.
  • Mięsa, różne rodzaje. Może być karkówka, biodrówka, chudy boczek. Ważne, by do bigosu, potrawy szlachetnej, wkładać najlepsze kawałki mięsa. Muszą być soczyste, więc musi w nich być troszkę tłuszczyku. W bigosie nie sprawdzi się suchy schab! Pamiętajcie, że tłuszcz (zawsze w umiarze!) jest nośnikiem smaku. I na Boga, nie wrzucajcie do bigosu skrawków wędlin, które można kupić w sklepie pod nazwą „bigosowe”. Takie zachowanie to bluźnierstwo!!!
  • Suszone śliwki bądź powidła śliwkowe domowej roboty.
  • Grzyby suszone.
  • Opcjonalnie można dodać odrobinę wytrawnego wina.
  • Przyprawy: ziele angielskie, pieprz, liść laurowy.
Nie dodaję koncentratu pomidorowego, choć wiem, że są jego zwolennicy. No, ale to w końcu mój bigos!

Kapusty nawet specjalnie nie płuczę. Chyba, że jest piekielnie kwaśna, wtedy można. Raczej siekam na drobniejsze kawałki, choć też nie zawsze. Wkładam do brytfanny, głównie w tej brytfannie gotuję bigos na święta. Już na tym etapie mogę włożyć do kapusty suszonych śliwek. Grzyby, całkiem sporo, bo one wzbogacają smak i nadają kolor tej zacnej potrawie, zalewam wrzątkiem, żeby puściły smak i uwolniły kolor. Wymoczone, podgotowuję w tym wywarze. Następnie grzybki razem z grzybową wodą dodaję do kapusty. Teraz można postawić ją na ogniu i rozpocząć gotowanie.

W tym momencie zaczynam przygotowywać mięso, które opłukane i wysuszone, posolone i obsypane pieprzem podsmażam na patelni. Takie właśnie podsmażone wykładam na wierzch kapusty, dodaję przypraw – kilka ziarenek ziela angielskiego i liścia laurowego.

To najlepszy czas, żeby zakryć przykrywką wypełnioną brytfannę i zmniejszyć ogień. 

Odtąd czas pracuje na korzyść potrawy. Bywa, że najlepszy jest trzeciego dnia.
Ponieważ w początkowej fazie w garnku jest sporo płynu – grzybowej esencji pomieszanej z kapuścianym sokiem – nie ma obawy, że potrawa się przypali. Żeby smaki przechodziły się równomiernie należy bigos gotować powolutku – od czasu do czasu mieszając. Kiedy soki się w połowie zredukują można dodać powideł śliwkowych. Ich delikatna słodycz złagodzi smak kwaśny. 
W tym momencie można również dodać kieliszek, lub więcej czerwonego wina. Słyszałam, że dodaje się piwa lub jeszcze mocniejszego trunku. Można spróbować. Ja winem wolę popijać przygotowany już bigosik. Dla mnie w tej potrawie najważniejsze są przechodzące przez siebie smaki kapusty, grzybów i mięsa. Reszta ma jedynie podkreślić smak, być dopełnieniem.
            Oczywiście, bigos, który znamy dziś jest potrawą nową, historycznie rzecz ujmując. W staropolskich recepturach na bigos próżno szukać kapusty. Taki, jaki opisałam, nie był znany Sobieskiemu, ale już przez Mickiewicza  powinien być akceptowalny. W końcu bigos opisany w Panu Tadeuszu wydaje się być tak znajomy:

W kociołkach bigos grzano. W słowach wydać trudno
Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną;
Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek,
Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek.
Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,
Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.
Przecież i bez tych przypraw potrawą nie lada
Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.
Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,
Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta;
Zamknięta w kotle, łonem wilgotnym okrywa

Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;
I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie
Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie
I powietrze dokoła zionie aromatem.




Na koniec - kiełbasa. Nie chodzi o to, by dodawać bigosowi smaku kiełbasy, ale by kiełbasa przeszła smakiem bigosu. 

A jaki Wy macie patent na bigos? Piszcie, dzielcie się, komentujcie...

Ściskam Was przedświątecznie





06.12.2019

Przedświąteczne rytuały i kultowa zupa grzybowa







Dreszcze mnie przechodzą, kiedy pomyślę sobie, że dla moich dzieci jestem już innym pokoleniem i generalnie na wielu rzeczach to się nie znam. Teraz już wiem, jak się mogli czuć moi rodzice, doskonale pamiętam, co mogłam sobie myśleć o czterdziestolatkach, kiedy byłam w wieku wczesnonastoletnim. Zgroza… Na szczęście w okresie przedświątecznym ratuje mnie myśl o przygotowaniu świąt, drobne rytuały, które układają w całość bożonarodzeniową układankę.





Na początku kalendarz adwentowy… Z dzieciństwa, w którym, królowały słodycze czekoladopodobne, kolorowy kalendarz z Niemiec był prawdziwym marzeniem. Ja chyba nigdy takiego nie miałam, ale moja kuzynka owszem. Lubiłam oglądać to kolorowe pudełko, tyle barwnych rysunków, tyle detali. Ten kalendarz tak pobudzał moją wyobraźnię, mogłam się w niego gapić, jak później w choinkę – bez przerwy. Dziś kupne kalendarze są wypierane przez robione własnoręcznie. Są nie tylko kolorowym pudełkiem z czekoladkami, ale przedświąteczną dekoracją, elementem wystroju wnętrz, motywacją. Szczerze żałuję, że jeszcze nigdy nie zrobiłam własnoręcznie takiego kalendarza, ale wszystko przede mną. Mam nadzieję na jeszcze niejedną „gwiazdkę”.






Dziś mikołajki, kto nie lubi tego dnia? Ja bardzo lubię. W moich rodzinnych stronach prezenty mikołajkowe dzieci znajdują pod poduszką. Zazwyczaj są to symboliczne upominki, najczęściej słodycze. W Toruniu poznałam zwyczaj przynoszenia prezentów do buta. Dzieci wieczorem przed Mikołajkami czyszczą buty, ale i sprzątają w pokojach, starają się być grzeczni… Lubię te poranne zadziwienia i radości. Bardzo.






Czekałam na 6 grudnia jako dziecko, nastolatka i teraz jako mama też. Bo to początek magicznego czasu, oczekiwania na święta, szukania prezentów, myślenia o dekorowaniu domu, o spotkaniach i o smakach wigilijnych. To czas, moglibyśmy powiedzieć hygge, czyli po naszemu czas relaksu, przytulności i bliskości. Tak właśnie sobie ten czas wyobrażam, tak sobie ten czas kojarzę, wspominam i planuję.



Mimo, iż święta spędzamy poza prowincją, nie zamierzamy pozbyć się przytulnego rustykalnego klimatu, trzaskającego ognia w kominku, żywej wielkiej choinki, domu całego z zapachach. Wigilię spędzimy rodzinnie. Będzie  dużo śmiechu i smakołyków, i pewnie też ulubione programy i filmy w TV.

Za czym co roku tęsknię najbardziej i na co czekam szczególnie? Na zupę grzybową mojej mamy. W wigilię pachnie i smakuje najlepiej na świecie. Grzybów w moim rodzinnym domu zawsze było i jest dużo, bo rodzice uwielbiają chodzić po lesie, zbierać grzyby, które następnie w ogromnej ilości są przetwarzane, głównie marynowane i suszone. Kocham to. Wielkie pięciolitrowe słoje suszonych – oddzielnie kapelusze, oddzielnie ogonki. A w spiżarce: malutkie, zgrabniutkie, pięknie opisane i ozdobione słoiczki z grzybkami w occie. Rarytasy!!!




Takie moje szczęście – spiżarnia mojej mamy karmi nas wybornie, każda wizyta kończy się wyśmienitym zaopatrzeniem. Kto był, ten wie!

Wracając do zupy grzybowej, krótki opis przygotowania tej cudnej pachnącej lasem świątecznej potrawy. 

Składniki:


  • grzyby suszone, 
  • woda, 
  • cebula, 
  • masło, 
  • pieprz, 
  • sól, 
  • śmietana. 
Grzyby – zacna ilość – jeśli mamy grzyby suszone nie żałujmy ich do tego wywaru (sic!) gotujemy je w osolonej wodzie, do garnka wkładamy też cebulę lub dwie – w całości. Ja cebulę lekko nacinam, by się nie rozwaliła, ale żeby puściła soki i wzbogaciła aromat naszego rarytasu. Do wywaru dokładamy pieprz w kulkach oraz masło – sporo prawdziwego masła. I tak sobie ten wywar na malutkim ogniu dochodzi. Powolutku, bez pośpiechu, po prostu slow. Kilka godzin, jak najlepszy rosół.

Ostatni etap, zanim zagęścimy grzybowy wywar śmietaną, to wyjęcie części ugotowanych grzybów. Można je wykorzystać do farszu (np. do pierogów), czy jakkolwiek. Żeby śmietana nam się nie zważyła – należy lekko ostudzić zupę lub śmietanę lekko ogrzać. Można też jeść bez zabielania, ja jednak od czystej grzybowej wolę kremową, śmietanową.

Co do zupy? To zawsze jest intrygujący temat. W moim domu tradycyjnie do grzybowej podawało się kaszę gryczaną, kleistą, która po ugotowaniu można było kroić albo kaszę jaglaną. Jako że jestem tradycjonalistką – zawsze do grzybowej podaję te dodatki. Wszyscy tak lubią. Tylko o kleistą gryczaną coraz trudniej.

Są osoby, które wolą zupę z kluseczkami, makaronem albo łazankami. Napisałabym jeszcze, że są tacy, którzy zupę podają z ziemniakami, ale nie - na moim stole w wigilijną noc ziemniaków nie zobaczysz. One tego dnia zwiastują biedę i chorobę. W wigilię ziemniakom, pyrom, grulom, kartoflom mówimy "nie".


Pamiętajcie, że możecie teraz on-line czytać stare książki kucharskie i poradniki, takie jak ten poniżej. Wejdźcie na www.polona.pl, a tam znajdziecie prawdziwe rarytasy!










Przed nami kilka tygodni przygotowań. Sprzątania, pieczenia, gotowania, krojenia, zakupów, ubierania choinki, strojenia domu. Wszystko takie piękne i sielskie. Życzę Wam, żeby nie wyprowadziło Was to z równowagi i by przyniosło magię. Magię świąt.


24.11.2019

Kluski śląskie


Nigdy nie byłam na prawdziwym śląskim obiedzie. A kluski śląskie jadłam pierwszy raz na weselu mojego kuzyna, w centralnej Polsce. Dziwne wydawały mi się wtedy, podane z sosem pieczarkowym. Minęły lata zanim doceniłam ich smak.

Dzisiaj zmierzyłam się z tradycyjnym przepisem po raz pierwszy. W końcu dziś niedziela, dzień, kiedy mam ochotę, czas i siłę pobawić się w kuchni. I przy okazji zrobię odświętny tradycyjny obiad. Może mało dietetyczny, ale na późną jesień i spadek formy jak znalazł.

Przepis jest niezwykle prosty. Wystarczą:
Ziemniaki,
Mąka ziemniaczana,
Jajko.


Ziemniaki gotujemy i przeciskamy przez praskę albo ugniatamy, czy mówiąc jeszcze inaczej – dukamy. Najlepiej nie czekać z tym, aż pyrki ostygną. Ciepłe przeciśnięte przez praskę są jeszcze puszyste. Dopiero teraz studzimy.


Kiedy nasze utłuczone ziemniaczki ostygną wybieramy ¼ ziemniaków i w to miejsce wsypujemy mąkę ziemniaczaną. Dodajemy jedno jajko i wszystko mieszamy i ugniatamy na jednolitą, plastyczną masę. Fajne w tym cieście jest to, że dzięki skrobi ziemniaczanej nic nie przykleja się do rąk. Robienie klusek jest zatem bardzo przyjemne. Z małych kawałków robimy kulkę, którą lekko rozpłaszczamy, a na środku robimy palcem wgłębienie.


Przygotowane kluski wkładamy na wrzącą osoloną wodę. Po wypłynięciu, czekamy ok. 2 minut i wyciągamy.
Ot, cała filozofia. Trochę zabawy, a efekt… mniam!!!

Ta potrawa kojarzy mi się z kawałkiem mięsa i sosem. Sos jest konieczny, bo od tego są dziurki w kluskach – robią miejsce dla sosu. Mniam. Tradycyjnie pewnie podawane są z roladą, ja dzisiaj dusiłam karkówkę, do której dodałam dużo cebuli i grzybki suszone. Sos wyszedł bardzo aromatyczny, a mięso rozpływało się w ustach. Dopełnieniem były buraczki z przepisu, jaki znajdziecie na blogu tutaj. Chyba, że ktoś za buraczkami nie przepada, wówczas polecam ogórki kiszone, najlepiej z tego przepisu.


Myślę, a nawet jestem przekonana, że w wersji wegetariańskiej genialne są z sosem grzybowym albo pieczarkowym, a nawet z podprażoną cebulką. Raczej w wersji wytrawnej niż słodkiej. A wy jak sądzicie?

Kluski śląskie są wpisane na Listę produktów tradycyjnych, informacja o tradycji tutaj 

25.09.2019

Pyszna biedakuchnia, czyli tradycyjny wielkopolski pyrczok


Jesień na prowincji to najtrudniejsza pora roku. Dni są coraz krótsze, a roboty do zakończenia prac polowych bardzo dużo. Trzeba zebrać plony. Jednym z najważniejszych był i jest ziemniak, który od XIX wieku się doskonale zadomowił na polskiej wsi. Są regiony, które bardziej niż inne są kojarzone z ziemniakiem. Nie pisze tu o Podlasiu, bo od tego regionu specjalistką jest Joanna Jakubiuk. Opowiem o pysznym fragmencie kuchni wielkopolskiej, z którym postanowiłam się dziś zmierzyć.

źródło: polona.pl

Tradycyjna kuchnia wiejska od XIX wieku opierała się na ziemniakach. We wszystkich zaborach, we wszystkich regionach ziemniaki wiodły prym. Były energetyczne, łatwe w uprawie, dzięki nim można było wykarmić zarówno ludzi jak i zwierzęta hodowlane. W zależności od regionu powstawały potrawy charakterystyczne dla danej społeczności. Charakteryzowały się sposobem przyrządzenia, dodatkami, przyprawami oraz nazwą. W województwie wielkopolskim powszechne jest używanie słowa pyra. Od tego słowa pochodzi też nazwa potrawy, jaka od pokoleń, po dzień dzisiejszy jest przygotowywana w Wielkopolsce, między innymi na terenach powiatu tureckiego.

Jest to pyrczok, danie z długa historią i tradycją.  W wydanej przez Turkowską Unię Rozwoju publikacji Zbiór Wyrazów dawnych i zapomnianych na ziemi Tura używanych, znajduje się definicja potrawy: „Pyrczak (także pyrczok) rodzaj tradycyjnego, pieczonego w brytfannie placka ziemniaczanego ze skwarkami; słowo określające także nazwę zwyczaju pieczenia pyrczaka na zakończenie kopania i zbioru ziemniaków.”[„Zbiór wyrazów dawnych i zapomnianych na ziemi tura używanych”, Turek 2015, s 46].

Pyrczok to nie tylko zwykła potrawa, ale funkcjonujące w określonym kontekście zjawisko. Tradycyjnie przygotowywało się go jesienią, w okresie wykopek. Na dawnej wsi, był to ważny czas, w którym zawiązywało się relacje sąsiedzkie. Jeden sąsiad pomagał drugiemu. W czasach, kiedy wieś nie była zmechanizowana, wykopki odbywały się za pomocą jedynie ludzkich rąk. Mieszkańcy miejscowości chodzili od sąsiada do sąsiada i wspólnie kopali ziemniaki na każdym z pól. Praca kończyła się rytuałem opisanym następującymi słowami: „Na zakończenie wykopek: jak już były kartofle pokopane, to tu tego co my kopali, to ten robił pyrczok. I wtedy było „grane”. Ile tam było panien! Każda się pomyła i były placki popieczone z kartofli. To były właśnie pieczone tzw. Pyrczoki. W piecu na blasze! Tam jest i cebulka i jest pieprzu trochę, troszeczkę mąki, żeby to się trzymało.” (relacja ze wsi  Dziadowice, gm. Malanów) [„Cuda wianki”, red. Anna Leszczyńska, Turek 2014, s. 48].

źródło: polona.pl

Jest to danie pozornie proste, jednakże występuje na zakończenie pracy, dla zmęczonych i często zmarzniętych ludzi. Zapowiada też dobrą zabawę, zasłużoną po ciężkiej pracy. Potrawa występowała w wersji prostej, bezmięsnej, ale także w wersji bardziej bogatej: „Pyrczok, to jest ciasto podobne jak na plyndzę. Tylko, że się dodawało skwarki i różne dobre rzeczy, na przykład cebulę, kto co miał. Jak się upiekło same kartofle i jajko się wbiło, to też się zjadło. Ale bardzo dobry był jak się tam boczek dodało, bo kiełbasa była w tamtych czasach trudniejsza do zdobycia. Kto umiał sobie zrobić to miał, a mięso miał przecież każdy, bo świniobicie zawsze było na kopanie ziemniaków. To się te skwarki, boczek, cebulę i ziemniaki razem w piecu po chlebie zapiekało. (relacja Bądkowa Drugiego, gmina Przykona). [„Cuda wianki”, red. Anna Leszczyńska, Turek 2014, s. 48]. Do pieczenia pyr czoku wykorzystywany był gorący piec chlebowy, który był w przeszłości w większości domostw wiejskich.

Mój premierowy pyrczok przygotowałam w sposób następujący:


Co prawda na wykopkach  w tym roku nie byłam, pieca chlebowego nie posiadam, więc mój pyrczok nie był zbyt profesjonalny. Powiedzmy, to taka próbka, inspiracja tradycyjnym przepisem. Nie przygotowywałam całej brytfanny, bo po pierwsze: kto by to zjadł? Po drugie: czy będzie nam smakować? Po trzecie: czy wyjdzie jak trzeba? Do zapiekania użyłam małych kamionkowych naczyń, które kupiłam ostatnio w sklepie, w którym jest „najtaniej na świecie” albo „wszystko za dwa złote”.
Na tarce utarłam 3 ziemniaki, dodałam 1 jajko, sól i pieprz. Na spód naczynia położyłam podsmażone plastry boczku (wędzony i parzony), na nie wyłożyłam przyprawione solą i pieprzem starte ziemniaki z jajkiem, na wierzch położyłam resztę boczku przesmażonego z cebulką.



Jakie to proste?
Piekarnik rozgrzałam do 200 stopni,
Na wierzch naczynia położyłam folię aluminiową, żeby się nasza zapiekanka nie przypaliła od góry, ale żeby dochodziła w całości. Tradycyjny pyrczok jest pieczony w brytfannie z pokrywką!!!
Po 30 minutach zdjęłam folię i piekłam dalej około 30 minut. Czas ten można skrócić.
Boczek na moim premierowym pyrczoku troszkę zbyt mocno się zrumienił, ale i tak był pyszny.


Rekomenduję, by danie jeść na gorąco!
Następnym razem nie dodam jajka, tym razem zaszalałam.