12.10.2020

Lublin smakuje wyśmienicie. Wspomnienie Europejskiego Festiwalu Smaku



Kiedy na zewnątrz szaruga i niepokój wywołany sytuacją epidemiologiczną, warto przypominać chwile pełne słońca i smaku. Takim czasem był wrześniowy Europejski Festiwal Smaku w Lublinie, w którym miałam wielkie szczęście brać udział. Czekałam na ten wyjazd ze zniecierpliwieniem. Piękne miasto z bogatą historią i niepowtarzalnym klimatem co roku we wrześniu gości smakoszy i dzieli się okolicznym dziedzictwem kulinarnym. Kilkudniowe wydarzenie to prawdziwa uczta. Dzieje się tak wiele, że zdecydowanie trudno uczestniczyć we wszystkim. Co warto podkreślić: smak jest wszędzie, jest lokalne jedzenie, są historyczne uczty, ale także można delektować się sztuką, muzyką i atmosferą tego niezwykłego miejsca.


staropolski cebularz wg. Macieja Nowickiego


Tak, tak, tak rarytasów jest tyle, że drogi smakoszu zapomnij o diecie. Bierz i smakuj, delektuj się tymi chwilami, bo na następne będziesz musiał czekać co najmniej rok.

Podczas 12 edycji Festiwalu szczególnie interesowały mnie wydarzenia dotyczące kuchni historycznej i dziedzictwa kulinarnego regionu. Książka kucharska Pociejów, a tak naprawdę rękopiśmienny zbiór receptur, na który składają się kopie przepisów, które sięgają XVI- XVII wieku, został nie tak dawno odkryty w archiwum w Kijowie. Naukowo i koncepcyjnie rozpracowuje je prof. Jarosław Dumanowski z UMK w Toruniu oraz Switłana Bułatowa z Biblioteki Narodowej Ukrainy w Kijowie. Niebawem - mam nadzieję - źródło zostanie opracowane i wydane w zacnym wydawnictwie Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie Wszystko nie tylko po to, by czytać, ale również, by się inspirować, na przykład przygotowując wystawne kolacje, takie jak "Uczta Pociejów".


Kontuza


Każdy smakosz chciałby mieć takie kompetencje i umiejętności w przekładaniu receptur - ze słów na smaki - jak to robi kuchmistrz Maciej Nowicki z Muzeum Pałacu Króla Jana III Sobieskiego w Wilanowie i Maciej Barton z Ostoi Chobienice. Mam wielkie szczęście i przyjemność obu panów znać, i jeszcze większą radość móc jeść im z rąk, choć karmią mnie zdecydowanie zbyt rzadko!



pstrąg


W Lublinie przygotowali niezwykłą ucztę historyczną, czerpiąc wiedzę i inspirację z receptur zamieszczonych w rękopisie Hrabiów na Włodawie i Różance. Siedem dań podanych podczas przygotowanej w restauracji BelEtage, w Grand Hotelu uczty, było niczym siedem cudów… Bo jak inaczej nazwać te wszystkie wykwintne potrawy, które pojawiły się na naszych talerzach? Kontuza, pstrąg, kaczka, gęś, desery skąpane w imbirze, syropie różanym, a w tym wszystkim smaki, struktury, barwy, zabawa, iluzja… Po prostu niebo w gębie. Takie spotkania z historią cenię sobie bardzo. Jednoczesny szacunek do przeszłości i teraźniejszości. 


staropolski deser 


Być uczestnikiem takiego wydarzenia to zaszczyt, a kiedy zostajesz zaproszenie do Jury oceniającego produkty regionalne w konkursie na Najlepszy Smak Lubelszczyzny to już w ogóle dostajesz skrzydeł. Ponad 70 produktów, pięknie zastawiony stół. Repertuar smaków był imponujący: od świetnych wędlin przez sery, wypieki po przetwory. Postarali się wytwórcy, producenci i kucharze, serwując swoje wyroby.









Mnie jednak zachwyciły i wzruszyły propozycje najprostsze. Suszone jabłka i konfitura z jarzębiny. Oczywiście przed wszystkimi chylę czoło za trud oraz pielęgnację lokalnego dziedzictwa. Lista nagrodzonych tutaj




Nie chciałabym, żebyście, drodzy czytelnicy myśleli, że czas w Lublinie umilałam sobie jedynie nad talerzem. W trakcie Festiwalu nie zabrakło czasu na ucztę intelektualną. Organizatorzy we współpracy z Centrum Dziedzictwa Kulinarnego UMK zorganizowali Seminarium Doktoranckie, podczas którego wygłoszone zostały referaty dotyczące historii jedzenia. Miejsce, w którym mieliśmy okazję obradować było niezwykłe: Sala Unii Lubelskiej w klasztorze Dominikanów. 




korytarze klasztoru Dominikanów. W drodze na obrady...


Wprowadzenie prof. Jarosława Dumanowskiego dotyczyło działalności Centrum Dziedzictwa Kulinarnego, kulinarnych źródeł, które zostały wydane w Serii Monumenta Poloniae Culinaria, zrealizowanych oraz trwających projektów badawczych. Tak, moi drodzy, jedzenie to bardzo wdzięczny przedmiot badań naukowych.

Agnieszka Kuś zaprezentowała swój projekt badawczy dotyczący Odrodzenia od kuchni, Maciej Barton przedstawił analizę przepisów, nad którymi pracuje przygotowując swój doktorat o Paschalisie Radolińskim, a ja opowiedziałam o historii toruńskiego piernika.


Podczas pobytu w Lublinie delektowałam się również sztuką: urokliwymi pracami Danki Jaworskiej, które wystawione zostały w Muzeum Historii Miasta Lublina oraz w sali hotelu Arche. Organizatorzy zapewnili również niejedną ucztę muzyczną (koncert Józefa Skrzeka) i duchową (debata dwóch ambon). Do tego turniej nalewek czy konkurs Good Chef, w którym zmierzyli się wybitni kucharze i kuchmistrzowie, wśród nich Jean Bos, Kurt Scheller oceniający konkursowe potrawy. 



Wspaniałe spotkania z mistrzami



Powrót do rzeczywistości i codzienności po takim weekendzie nie jest łatwy. Piękne miasto, przemili ludzie wokół, smaki, których się nie zapomina, spotkania, rozmowy, a w gratisie słoneczna pogoda.. Uśmiech nie schodził mi z ust. Tak powinno wyglądać życie!!!


Wielka radość móc uczestniczyć w Europejskim Festiwalu Smaku, zawsze! Obserwujcie bacznie profil Festiwalu na Facebooku i zaplanujcie sobie przyszłoroczny wrześniowy weekend. Jedźcie do Lublina. Ja na pewno tam wrócę.

Szczególne podziękowania i wyrazy uznania ślę do dyrektora artystycznego Festiwalu - Waldemara Sulisza, który co roku ogarnia to piękne wydarzenie. Wierzcie mi to bardzo ciężka, choć satysfakcjonująca praca.


30.08.2020

Kiszone pomidory, nowość w mojej spiżarni


Sobotni poranek, cały dom śpi poza mną. Nie mogę dospać, budzę się zdecydowanie za wcześnie. Na szczęście w sypialni mamy włączone radio, którego dźwięki koją… Leżałam sobie cichutko i słuchałam audycji, w której mówiono o kiszonkach, w tym o kiszonych pomidorach.


Słyszałam o nich już dawno temu, ostatnio rozmawiałam o tym z moją mamą, która nigdy ich nie robiła, choć pomysłów na zaprawy miała zawsze bardzo dużo. Wiadomo, że kiszonki są nie tylko pyszne, ale również niezwykle zdrowe. Czy wyobrażasz sobie naszą kuchnię bez kiszonek? Ja nie. 


Słuchając audycji, trochę jeszcze w półśnie utkwiły mi słowa, że to bardzo proste, podobnie jak w przypadku ogórków kiszonych. Wyobraziłam sobie rzędy słoików w mojej piwniczce zapełnionych kiszonymi warzywami. Ogórki w słoikach już są, przepis na nie znajdziesz tutaj. Ale pomidory… Teraz idealny czas na zakup tanich warzyw, także pomidorów. Postanowiłam - zrobię to dziś! Mam w szklarni kilka pomidorowych krzaczków, jednak na plony muszę jeszcze chwilę poczekać. Trochę owoców jest, ale ciągle zielone. Nie wygrałabym żadnego konkursu na uprawę tych warzyw, mimo to co roku podejmuję wyzwanie. Póki co muszę zaopatrywać się w warzywa na zewnątrz.


www.polona.pl


Wybrałam się na rynek, na którym szukałam najlepszej okazji, pomidorów polnych, od rolnika, nie za dużych, żeby w słoiku zmieściło się ich sporo, bo ładnie to może wyglądać. Ot, taka kiszonkowa kompozycja zaświtała mi w głowie. Bo przecież nie tylko musi być pysznie, ale jeszcze pięknie. Zgadzacie się ze mną?


Zakupy się udały. 10 kg małych, lekko popękanych, niezbyt urodziwych pomidorków malinowych na sok i niestety tylko 2 kg pomidorków polnych, małych, czerwonych - idealnych. Do tego koper, czosnek i chrzan. 

Uwielbiam targ o tej porze roku, wszystko pachnie, kusi… trochę żal lata, ale nadchodząca jesień co roku wprawia mnie w melancholijny nastrój. Taka “przedjesień” coś w sobie ma. Zdecydowanie ma niezły smak.




Ale do celu. Moje kiszone pomidory zrobiłam, jak mówiono w audycji tak, jak ogórki. 

Na spód słoika baldach kopru, następnie pomidory, znowu koper. Do tego czosnek i pokrojony chrzan. Ten, który kupiłam był wyjątkowo mocy, po przekrojeniu aż szczypał w oczy, a to właśnie lubię!!!


Pięknie ułożone składniki obsypałam gorczycą (ładnie wygląda, dodaje smaku, ale jest też dodatkowym konserwantem) i zalałam gorącą słoną wodą. Proporcja: na 1 litr wody 2 łyżki soli. Dlaczego gorącą? Nie trzeba dodatkowo pasteryzować. Zakręcasz słoik i już. Tylko nasłuchiwać ten dźwięk domykających się zakrętek, pyk, pyk…



Wyglądają pięknie, mam nadzieję, że smak mnie nie zawiedzie. Ale na efekt musimy jeszcze trochę poczekać.




28.08.2020

Do słoika, do pracy. Pyszna i sycąca kasza gryczana ze śledziem


Moich gryczanych przygód ciąg dalszy. Mam nadzieję, że Was nie zanudzę. Staram się, żeby mój jadłospis był urozmaicony, żeby smaki się nie powtarzały (nawet jeśli króluje w kuchni jeden główny składnik).



Dziś ugotowałam kaszę gryczaną białą. Podałam na obiad z podsmażonym mięsem oraz pieczonymi warzywami - dynią i burakiem. Taki prosty posiłek, pełen smaku i wartości odżywczych. Kaszy zostało sporo, więc znów miałam bazę do dania, które przygotowałam na następny dzień do pracy.



Kasza ugotowała się na sypko, to świetna sprawa jeśli chcesz zrobić z kaszy sałatkę. Super szybką i super smaczną. Bezglutenową i fit.


Do kaszy dodałam:

posiekaną drobno czerwoną cebulę,
kapary, 

drobno pokrojony szczypiorek,

do tego dodałam wędzonego śledzia, którego połamałam na drobne kawałki,

oliwę.



Robiłam wszystko w pośpiechu, dlatego uprzedzam: śledź wędzony ma niestety sporo ości. Zalecam najpierw oczyścić rybkę z ości, potem dopiero dodawać do dań. Ja już nigdy tego błędu nie popełnię.



No cóż, ze względu na ości jadłam sałatkę powoli, uważnie. Pewnie tak właśnie powinno się jeść zawsze. Ale kiedy coś bardzo ci smakuje, instynktownie pożarłabyś to o wiele szybciej. Następnym razem z pewnością tak się stanie. Możesz zamiast śledzia dać inną wędzoną rybę, na pewno będzie pysznie z łososiem, pstrągiem czy makrelą. Ja miałam akurat w lodówce śledzia i bardzo mi smakował.


Ciekawa jestem Waszych pomysłów na sałatki do pracy :) Na inne dania słoikowo-pudełkowe również.


 

26.08.2020

Naleśniki gryczane, czyli galetki



Odstawiłam na pewien czas pszenicę, białą mąkę w tym również chlebek. Nie sprawia mi to specjalnie problemu.
Chleba i tak od jakiegoś czasu nie piekę,bo zakwas w trakcie mojego wyjazdu urlopowego, że tak powiem, skwasił się i niestety musiał zostać poddany utylizacji.
Nie ma co rozpaczać, bo jest co jeść, a dzieci i tak nie przepadają za kanapkami.
To przecież nuda, a tej w kuchni nie znoszę!


Dziś zajadamy się warzywami, owocami, sałatami, a jak najdzie nas ochota na makaron, to gotujemy na przykład makaron gryczany.

No właśnie. Mąki są przeróżne, wyłączając z diety mąkę białą można ją śmiało zastąpić na przykład moją ulubioną mąką gryczaną. Bo ja jestem w ogóle gryczaną panienką i kaszę gryczaną zajadam zachłannie, kaszankę jadam tylko gryczaną, a nawet naleśniki z mąki gryczanej czyli galetki wychodzą mi nie najgorsze. Dziś właśnie o galetkach napiszę kilka słów.


Galettes, to tradycyjne naleśniki z Bretanii. Pierwszy raz jadłam je ponad 20 lat temu we Francji. Przygotowała je moja siostra, której wspaniała teściowa,  pochodziła z Bretanii. Zatem nawet przepis, który wtedy skrzętnie zanotowałam i zachowałam, jest tradycyjny, bretoński.


SKŁADNIKI do ciasta

100 g mąki gryczanej

2 jajka

1 ⅕ szklanki mleka/mleko roślinne

szczypta soli

oliwa/roztopione masło


Wszystkie składniki miksujesz, w zasadzie tak samo jak zwykłe ciasto naleśnikowe. Będzie wyglądało nieco inaczej niż klasyczne, z mąką pszenną, ale niczym się nie przejmuj. Będzie pysznie, zaufaj mi.


Tak przygotowane ciasto odkładasz na minimum godzinę, najlepiej 4-5 godzin. W tym czasie możesz przygotować składniki do farszu, np. upiec paprykę, bakłażana, pokroić ser, szynkę, przygotować sałatę etc.





Bardzo ważne - do usmażenia gryczanych naleśników potrzebujesz dobrej patelni. Są delikatne i kruche, w związku z tym musisz być bardzo uważna/y przygotowując je.


Kuchnia francuska to kuchnia maślana, w związku z tym masełko jest potrzebne do posmarowania patelni, na której będziemy smażyć galettes.


Naleśniki można przygotować śmiało wcześniej, od razu smażąc porcję z całego ciasta. Odkładamy je na talerz i tak sobie mogą czekać, na powrót domowników czy przyjście gości. Przygotuj też składniki, których użyjesz jako farszu, ustaw w ładnych miseczkach, na talerzykach, niech będą piękne i gotowe na kulinarny spektakl.





Przygotowanie naleśników na ostatnim etapie może być formą ceremoniału. Goście zasiadają do przygotowanego pięknie stołu, na którym soczysta sałata czeka na skubnięcie. Możemy zaproponować coś pysznego do picia, lemoniadę albo coś mocniejszego - na pobudzenie apetytu. Ja dziś zamiast sałaty przygotowałam soczystą cukinię cieniutko pokrojoną, podduszoną na oliwie z odrobiną świeżo wyciśniętego czosnku i soli. Na wydaniu posypałam nieaktywnymi płatkami drożdżowymi. Pycha!!!






Jeśli masz zróżnicowane składniki, którymi chcesz nadziać galetki,możesz pozwolić swoim gościom na dokonanie wyboru. Przygotuj zatem coś mięsnego, coś rybnego, warzywa, sery (najlepiej mi pasuje tutaj ser kozi), a nawet jajko.


Na wykończenie naszych galetek warto przygotować dwie patelnie. Na suchą patelnię kładziemy przygotowanego naleśnika nakładamy wybrany farsz i składamy. Wszystko w tym momencie jest kwestią estetyki, możemy złożyć na pół lub jak kopertę. Ta druga wersja jest bardziej elegancka, ale wybór pozostawiam Tobie.





Klasyczne wypełnienie bretońskiej galettes to szynka, żółty ser i wbite w środek jajko, albo szynka i kozi ser. Zresztą znów ogranicza nas tutaj jedynie wyobraźnia.Co powiesz na połączenie: kozi ser, świeży tymianek i miód? Czyste szaleństwo, to lubię!

W tym roku uwielbiam pieczoną paprykę i bakłażany. To właśnie papryka, połączona z odrobiną fety wylądowała w mojej dzisiejszej porcji. Na wyłożonych naleśnikach, dla chrupnięcia znalazły się uprażone wcześniej płatki migdałowe


Na deser polecam galetkę z podpieczonymi jabłkami słonym karmelem. Ja dzisiaj sobie odpuściłam taką wersję. Może następnym razem…?

Niby światowo, ale jednak prowincjonalnie. To lubię! Myślę, że i Tobie zasmakuje,


Bon Appetit!!!

18.08.2020

Elegancka i pyszna kolacja z resztek


 Przedłużony sierpniowy weekend był upalny i intensywny. Jak nakazuje nasza rodzinna tradycja w tym czasie pojechaliśmy do przyjaciół, do Olsztyna. Jak zwykle było pięknie, przyjemnie, spacerowaliśmy, pływaliśmy w jeziorze, zajadaliśmy się lodami, generalnie rozpusta…


W całym tym szaleństwie trochę zapomnieliśmy albo nie chcieliśmy pamiętać, że zarówno w sobotę (15 sierpnia - święto) i w niedzielę sklepy będą pozamykane. Po powrocie do domu okazało się, że z głodu nie umrzemy, wszak jakieś zapasy zawsze mamy.

Niestety warzywa, które kupiłam w piątek, zostawiłam w spiżarce. Nie pomyślałam, żeby schować do nieco chłodniejszej lodówki, zatem w niedzielę były już, mówić delikatnie, zwiędnięte.


Późnym popołudniem, kiedy upał nieco zelżał, mogłam myśleć o przygotowaniu kolacji na ciepło. Kolacji z resztek, ale wytwornej, zdrowej i pysznej. Zgodnie z zasadą, że żywności nie marnujemy, włożyłam moje marchewki i buraczki do garnka z zimną wodą, żeby choć trochę doszły do siebie. Zrobiłam również przegląd lodówki i zamrażarki, mając na względzie fakt, że już się z nią niebawem pożegnamy i warto ją powoli opróżniać. Potem zeszłam do ogródka po zioła: tymianek, kolendrę, miętę. Zerwałam również moje ukochane kwiaty nasturcji.




Na kolację składały się: pieczone warzywa, sałata z roszponki, sałaty lodowej, pomidora, kaparów, awokado i czerwonej cebuli oraz polędwiczka.


Najpierw zabrałam się za warzywa. Wymoczone osuszyłam, niezbyt ładne elementy usunęłam, pokroiłam na większe kawałki, skropiłam oliwą z oliwy z dodatkiem tymianku. Lekko przyprószone solą wylądowały w piekarniku (200 stopni). Nastawiłam czas pieczenie na 20 minut. 




W tym czasie rozmrożoną polędwiczkę, oczyszczoną z niedoskonałości posoliłam, posypałam pieprzem i położyłam na patelnię z rozgrzaną oliwą. Obsmażyłam z każdej strony i przełożyłam w naczyniu żaroodpornym do piekarnika, przedłużyłam czas pieczenia warzyw razem z polędwiczką o 10 minut.


Wykorzystując ten czas zabrałam się za przygotowanie sałatki. W lodówce roszponka, sałata lodowa, liście szpinaku, resztka pomidora malinowego, awokado, kapary i czerwona cebula.

Sałatę lodową poszarpałam, do tego dorzuciłam resztę liści i pozostałe składniki. Jedynie cebulę pokroiłam drobno i zalałam octem winnym. Ją dołożyłam na koniec, podobnie jak oliwę. Pamiętajmy by kończyć sałaty w momencie podawania ich na stół, lub przygotować sos wcześniej i podać go w oddzielnym naczyniu. Nie każdy lubi mocne winegrety…


To była prawdziwa uczta, przygotowana bardzo szybko - z pewnością można przygotować takie dania kiedy spodziewasz się gości. Stół wygląda pięknie i wszystko razem (osobno też) smakuje wybornie.


Upieczone warzywa przełożone do eleganckiej miseczki, posypałam przyniesioną z ogródka zieleniną (kolendra i mięta) i ozdobiłam pięknymi kwiatami nasturcji. Dodają one uroku i lekkości, a także nadają charakter potrawie swoim musztardowym smakiem.



Polędwiczkę pokroiłam w plastry, ułożyłam je na sałacie, można skropić delikatnie balsamico.

Wszystko jak widzicie banalnie proste, do przygotowania w 30 minut!





Lekko, kolorowo i smacznie zakończyłam ten długi sierpniowy weekend. Brakowało jedynie dobrego wina. Gdyby było, też by się nie zmarnowało...




07.04.2020

Gołąbki nieco inaczej albo lasagne kapuściana


Czy jest tu ktoś, kto nie lubi gołąbków? Ja uwielbiam i na gołąbki zawsze znajdę miejsce żołądku. Odmówię deseru, ale dokładki gołąbka - nigdy!!!


Jedyny z nimi problem to dość czasochłonne przygotowanie. Parzenie kapusty, obieranie liść po liściu, wycinanie głąba - wszystko wymaga cierpliwości i precyzji. Dlatego, robiąc gołąbki, przygotowujesz ich cały gar. Nie ma sensu robić mniej, tym bardziej, że nadwyżkę można na przykład zamrozić albo zawekować. 


Mi osobiście nie udało się nigdy zostawić gołąbków na tak zwane “potem”. Wszystkie znikały pierwszego dnia, bez względu na to ile ich przygotowałam.


W ostatni weekend wróciłam z ryneczku z piękną główka młodej kapusty. Chciałam ugotować parzybrodę, ale ostatecznie zakupiłam też w ulubionym małym mięsnym sklepiku świeżo mieloną łopatkę i to był gołąbkowy impuls. Ryż na półce z zapasami, cebula w spiżarce, pomidorki koktajlowe, koperek, a i pomidory w puszcze się znalazły…. Wszystkie składniki gotowe, ślinka cieknie na samą myśl, tylko… coś mi się nie chce ich robić.


W takich sytuacjach, kiedy znajduję się pomiędzy łakomstwem a lenistwem, trzeba znaleźć złoty środek. I tym razem znalazłam. Przygotowałam w bardzo krótkim czasie danie pyszne, syte, można powiedzieć, że eleganckie, w którym smak gołąbków jest bezsprzecznie wyczuwalny. Pomiędzy moją propozycją a tradycyjnymi gołąbkami nie ma różnicy w produktach, jedynie sposób przygotowania jest inny.


Potrzebujesz:


Duzy garnek, lub brytfannę, lub inne naczynie z pokrywka, które możesz wstawić do gorącego piekarnika bez obawy, że nie wytrzyma wysokiej temperatury. Pokrywka musi być.

Kapustę (ja kupiłam główkę młodej białej kapusty, ale myślę, że świetnie sprawdzi się także kapusta włoska). Wybierz taki produkt jakiego używasz do przygotowywania gołąbków zazwyczaj i jaki Ci najbardziej smakuje.


Przygotuj też farsz, według uznania - mięsny lub wegetariański. 
Ja zrobiłam tradycyjny - z mięsa mielonego, gotowanego ryżu, podsmażonej cebulki. Wszystko wymieszane, doprawione do smaku (głównie sól i pieprz). Nie dodałam jajek. Nigdy ich nie dodaję do farszu w gołąbkach.


Jak postąpić z tymi zacnymi składnikami?


Na spodzie naczynia układasz pierwsze kapuściane liście. Są najgrubsze, najbardziej twarde. Wykładasz dno brytfanny najlepiej podwójną warstwę liści. Następnie nakładasz warstwę mięsa, potem znowu liście, potem znowu farsz i tak dalej - w zależności ile masz przygotowanych produktów.


Ważne, żeby na samej górze naszego przekładańca była kapusta zakrywająca farsz.
Tak przygotowaną gołąbkową lasagne podlewam odrobiną wody - żeby nam się nic nie przypaliło. Nakładamy pokrywkę i wkładamy do nagrzanego piekarnika (180-200 stopni), na 45 minut. Po tym czasie wyjmujemy z piekarnika. Na wierzch kapusty kładziemy masło oraz pomidory (miałam tylko koktajlowe oraz puszkę krojonych pomidorów, więc wykorzystałam obie możliwości). Tego masła to tak kilka ukrojonych listków, takie płatki maślane dla podkręcenia smaku. Ozdabiam, dla koloru i smaku świeżym koperkiem. Wkładam na kolejne pół godziny do piekarnika.



W międzyczasie ugotowałam ziemniaki, które podałam jako puree z masełkiem i śmietanką, ozdobione i dosmaczone koperkiem.
Pierwszy raz robiłam to danie i powiem Wam, że wyszło rewelacyjnie. Po pierwsze sposób pozwala Ci przygotować danie szybko i bez dodatkowych czynności - parzenie kapusty i oddzielanie liści i zawijanie gołąbków, po drugie smak nie różnił się znacznie od tradycyjnie zawijanych gołąbków.
Kroi się jak tort, rewelacja!!!



Jestem wielbicielką gołąbków bez sosu, a właściwie w sosie własnym. Poza tym nigdy mi gołąbkowy sos pomidorowy nie wychodził. Tym razem się udało, ale dopiero po zjedzeniu pierwszej porcji naszego wyśmienitego dania.Zgromadzony płyn, rosołek, wywar, przelałam do małego garnuszka, dodałam odrobinę jeszcze koncentratu pomidorowego, zagęściłam mąką, podgotowałam i wyszedł - jak najlepszy sos gołąbkowy od babci :)
Na kolację moje łakomczuchy poprosiły o powtórkę z obiadu, więc tym razem zacne, pokrojone porcje tortu gołąbkowego zostały polane pomidorową esencją.


Róbcie to danie, nie pożałujecie!!!


Przepis z dedykacją dla Julity, mojej Motywatorki w czasach zarazy (i nie tylko)

31.03.2020

Sałatka pełna smaku i witamin - Tabbouleh po mojemu


Kolejny dzień kwarantanny. Skończył się chleb, wczoraj nie upiekłam, bo zbyt wcześnie zasnęłam. Śniły mi się koszmary i wstałam z bolącym kolanem. Tym nędznym myślom i złemu samopoczuciu mówię stop!
W związku z powyższym zamierzam wybrać się w egzotyczne przestrzenie. Tam, gdzie nigdzie jeszcze nie byłam. Wiem, fizycznie to niemożliwe, ale mentalnie? Może mi w tym pomóc smak sałatki, którą na prędce przygotowałam.
Korzystając z zapasów, jakie jeszcze mam, wyciągnęłam kuskus, który sprawdza się w awaryjnych sytuacjach, na przykład w  celu przygotowania na szybko obiadu, kiedy mam lenia, albo sałatki.
Propozycja, którą Wam dzisiaj przedstawiam jest stałym punktem w moim menu podczas letnich, upalnych dni. A ponieważ dziś właśnie brakuje mi słońca, zapraszam je tą sałatką do mojego domu.
Jest to moja wariacja na temat Tabbouleh, sałatki libańskiej, której w oryginale rzecz jasna nigdy nie jadłam. Bo nigdy poza Europę nie wyjechałam, ale może to i dobrze. Jeszcze będą okazje.


Do przygotowania potrawy potrzebujemy
Kuskus (przygotować według wskazówek na opakowaniu, po zaparzeniu musi być jednak dość sypka)
Ogórek
Pomidorki koktajlowe (oryginalnie powinna być papryka, ale ze względu na to, że jeden z domowników papryki nie znosi zamieniam ją na pomidorki)
Czosnek
Natka pietruszki
Mięta, kolendra
Cytryna

Pokrojone warzywa i pociętą zieleninę dodajemy do wystygniętego kuskusu. Do tego dodajemy wyciśnięty przez praskę czosnek i wyciśnięty sok z cytryny. Do szczęścia brakuje jeszcze odrobiny oliwy, która skrapiamy wszystko i delikatnie mieszamy, by wszystkie składniki, a tym samym smaki się połączyły.


Tak przygotowaną kompozycję wkładam do lodówki, żeby się „przegryzło”.
Nie miałam dzisiaj kolendry, która bardzo dobrze w sałatce smakuje, ale użyłam sporo mięty, która przezimowała na balkonie i ma się całkiem dobrze. Zielenina, aromatyczna i zdrowa fantastycznie podkręca smak, tak samo sok z cytryny.
To potrawa szybka, smaczna i orzeźwiająca. Moja głowa odpoczęła podczas jej przygotowania. Może troszkę przesadziłam z czosnkiem, ale ponieważ to naturalny antybiotyk i wzmacniacz, uszanuję jego każdą ilość wszędzie.
Pamiętajcie: jeśli nie macie kaszy kuskus, możecie wykorzystać inną kaszę i z niej zrobić podobną sałatką, w tym przypadku doskonale sprawdzi się burgul. Nie musisz wychodzić z domu. Zerknij do spiżarki, kombinuj ze smakami, eksperymentuj. Odżywiaj się zdrowo!
Zostań w domu!
Dbaj o siebie!

30.03.2020

Pyzy, pampuchy albo kluchy na łachu




Dziś przedstawiam Wam jedno z ulubionych dań mojego dzieciństwa - oto pyzy. Zdaję sobie sprawę, że przygotowanie ich w czasach koronawirusa może być wyzwaniem, bo drożdże są produktem deficytowym, ale jak już ktoś się w nie zaopatrzy, niech zrobi pyzy drożdżowe, pampuchy czy kluchy na łachu!!! Wymagają sporo cierpliwości, ale co to dla nas poczekać, aż wyrośnie ciasto, w czasach zarazy, kiedy i tak jesteśmy zamknięci w domach!!! Mamy więcej czasu na bycie razem i na wielkie gotowanie.




Pyzy, czyli kluchy na łachu albo pampuchy są tanią opcją i zaręczam Wam, że z podanego przepisu wystarczy porcji dla czteroosobowej rodziny. Moje łakomczuchy poradziły sobie z tym bez problemu. Zatem do dzieła.

Co nam będzie potrzebne?
2,5 sklanki mąki,
½ kostki drożdży,
szklanka mleka,
2 jajka,
2 łyżki masła
sól, cukier

Najpierw musimy przygotować zaczyn.
Do lekko podgrzanego mleka (nie może być zbyt gorące!) wkładamy rozkruszone drożdże, 2 łyżeczki cukru oraz trochę mąki. Mieszamy wszystko i odstawiamy, żeby zaczyn zaczął procować.
Kiedy zaczyn podwoi swoją objętość, mieszamy go (w misce lub garnku) z mąką, dodajemy sparzone jaja i wlewamy roztopione i ostudzone masło. Dodajemy szczyptę soli. Wszystko mieszamy dokładnie.  Można użyć do tego miksera, ale ja robię to dużą drewnianą łyżką – trochę ćwiczeń fizycznych nikomu nie zaszkodzi. Moja mama i babcia wyrabiały to ciasto ręcznie. Musze przyznać, że robiły zawsze o wiele większą porcję, więc przygotowanie ciasta wymagało nie lada wprawy, ale i siły.


Przygotowane ciasto odstawiamy ponownie do wyrośnięcia. Ja ciasto przygotowuję w garnku, zakrywam czystą ściereczką. I tak sobie rośnie, rośnie, zwiększa objętość o dwa razy albo i lepiej.

Pamiętajcie, że ciasto drożdżowe nie lubi przeciągów, dlatego warto by sobie rosło w ciepłym miejscu! Czy robicie pyzy, czy chleb, a może drożdżówkę – zasada jest ta sama – nie wpuszczajcie do domu zimnego powietrza. Ciasto drożdżowe żyje, rusza się, trzeba o nie dbać, warto mu poświęcić trochę uwagi. Z pewnością Wam się za to odwdzięczy.
Pięknie wyrośniętą masę, przekładamy na stolnicę. Bardzo możliwe, że będzie się kleiło i wyda Wam się dość rzadkie. Wówczas dosypcie mąki na stolnicę i na wierzch ciasta. Wygładźcie je, z czułością je potraktujcie. Delikatnie rozwałkujcie i podzielcie je na małe porcje. Znalazłam w jednej z książek poradę, by formować  kulki wielkości orzecha. Ja po prostu wycinam szklanką kółka. Takie już przygotowane pyzy znowu zostawiam pod ściereczką do wyrośnięcia. Rośnie i rośnie, w tym czasie można przygotować naczynie, w którym pyzy będą parowane.

Moja mama i babcia robiła to w garnku, na który zakładała gazę, wykorzystywano do tego również pieluchę tetrową albo ściereczkę. Stąd też nazwa – kluchy na łachu. Ja używam maszyny do gotowania na parze, którą dostałam z okazji ślubu od przyjaciół ze studiów. Można też do parowania użyć durszlaka, są dostępne również specjalne wkłady do gotowania na parze, które umieszcza się w garnku.
Jeśli nie masz maszyny do gotowania na parze, będą ci potrzebne dwa garnki. Do jednego wlewasz wodę, nakładasz gazę i obwiązujesz gumką lub sznurkiem. Drugim garnkiem przykrywasz parowane pyzy. Ważne, by garnek miał dużą średnicę – wówczas za jednym razem uparujesz więcej klusek.
Wody wlewasz nie za dużo, chodzi o to by się szybko zaczęła gotować. Ale nie za mało, żeby za szybko nie wyparowała – wtedy przypalisz ganek. Pyzy wykładasz na „łachę” dopiero, kiedy zaczyna unosić się gorąca para. Przykrywasz drugim garnkiem i czekasz ok. 7-10 minut. Po takim czasie powinny być gotowe. Potem wkładasz następna porcję. Uważaj, bo uparowane pyzy są bardzo gorące. Nie poparz sobie paluchów!




 Z czym podawać pyzy? Szkoły są różne. Są miłośnicy pampuchów na słodko i są tacy, którzy jedzą je tylko z mięsnym sosem. Moi drodzy wszystko zależy od Waszej wyobraźni. Ja uwielbiam z mięsem i zawiesistym sosem. Na przykład z karkówki albo łopatki podsmażonej a potem duszonej razem z cebulą i grzybami. Do tego doskonale pasują buraczki z mojego przepisu albo ogórki kiszone. Po prostu pycha!!! Można przygotować również wersję wegetariańską – z papryki, cukinii, pomidorów. To już kwestia gustu, upodobań i przyzwyczajeń.

Znam też miłośników słodkich i owocowych dodatków do pyz. Bułka tarta na masełku do polania i do tego cukier, truskawki ze śmietaną, maliny, żurawina, powidła. Czego dusza zapragnie…
Jak przygotujecie pyzy, sami wybierzecie jak chcecie je pochłonąć.
Smacznego!!!

Ps. dbajcie o siebie, myjcie łapki, siedźcie w domu.

29.03.2020

Zielony koktajl witaminowy

Najpierw beznadziejna zima, teraz beznadzieja związana z epidemią sprawiają, że mam mało siły i ochoty na cokolwiek. Jednak nie jestem sama, mam w domu męża i dwójkę dorastających nastolatków. Nie jest łatwo, ale mam o kogo dbać. 

Kiedy na początku epidemii pojawiły się informacje o tym, że ludzie wykupują ryż i makaron pomyślałam, że to spotęgowanie katastrofy.


www.polona.pl


Ludzie, jeśli tak będzie wyglądać Wasza dieta - odporność spadnie na łeb na szyję!!!
Zawsze zimową porą odczuwam tęsknotę za kolorami w kuchni. Nudzą mnie już zupy, mięsa, brakuje mi świeżych warzyw. Tęsknię za czasem, kiedy można delektować się chłodnikiem, jeść świeżo zerwane owoce - prosto z krzaczka.

Ta tęsknota, ale i również lęk o nasze zdrowie mobilizuje mnie do jeszcze większego urozmaicania codziennej diety. Dlatego chętnie przygotowuję sprawdzone koktajle, które nie dość, że są fit, są sycące, smaczne i na pewno lepsze niż jakiekolwiek "sklepowe" eksperymenty. I co najważniejsze - moja rodzinka je uwielbia. Ich przygotowanie nie zajmuje też wiele czasu, tak więc widzę w tej propozycji same plusy.

Do naszej mikstury potrzebujemy:
1,5 pomarańczy
1 banana
1-2 kiwi
pół szklanki wody
łyżkę miodu, 
dwie garści liści szpinaku/zamiennie można dodać natki pietruszki
sok z cytryny



Jest to porcja, która w moim blenderze mieści się na raz. Oczywiście, żeby napoić moich domowników wszystko muszę powtórzyć.

Przed obraniem pomarańczy porządnie myję owoce, to nie jest nasz rodzimy owoc, wiele się słyszy o tym, czym pryskane są cytrusy - nie ukrywam, że trochę mnie to przeraża. Generalnie pamiętamy, by wszystkie surowe produkty przed zjedzeniem, przetworzeniem należycie umyć!!! 

Obrane pomarańcze i banan kroję dość drobno (nie mam super blendera z wysokiej półki, więc profilaktycznie, by mój osobisty sprzęt się nie spalił przygotowuję mniejsze kawałki). Wkładam do blendera, dolewam wody (ok pół szklanki) i blenduję. Kiedy płyn ma jednolitą konsystencję dodaję liście szpinaku (ewentualnie pokrojoną natkę pietruszki) i powtarzam blendowania. Na koniec możemy wlać wyciśnięty sok z cytryny i łyżkę miodu. Wszystko ponownie mieszamy.




Wychodzi nam zielony, aksamitny eliksir. To wszystko. Czy może być coś łatwiejszego?
Oczywiście składniki, które podałam, to tylko jedna z wielu propozycji. Niech Was nie ogranicza wyobraźnia. 

Jedzcie owoce i warzywa, zwłaszcza teraz. Zdrowe może być smaczne. Jak widzicie to nic trudnego.

Polecam.




14.12.2019

Narobić sobie bigosu, czyli tradycyjny bałagan w garnku

Nie ma świąt bez bigosu. W zasadzie tak mogłabym zakończyć ten wpis i przejść do przedstawienia mojej receptury. Ponieważ byłoby to mało eleganckie, zdradzę Wam o bigosie kilka tajemnic. Bigos pojawiał się zawsze na stołach imieninowych, urodzinowych i przy każdych ważniejszych okolicznościach rodzinnych. Garnek aromatycznego, soczystego i gorącego dania mieści w sobie nie tylko smak, ale również wiele wspomnień – wesołość imienin rodziców, uśmiech dziadków, podjadanie ukradkiem, choć nikt nigdy nie zabraniał zaglądać do garnka. I ten smak, gdy wracałam na weekendy w czasie studenckim, a nawet i teraz. Czekał na mnie bigos zawsze, no i z bigosu gorąca kiełbasa. Smak i zapach moich powrotów do domu. Kulinarny wehikuł czasu! Mało dietetyczne danie, ale warte grzechu.

Bigos kocham. Teoretycznie, praktycznie, jakkolwiek by nie powiedzieć.

Bardzo często przygotowywałam bigos, kiedy mieszkałam na prowincji. I chyba wtedy wychodził mi naprawdę dobry, tym bardziej, że gotowałam go na kuchni opalanej węglem, a potem „dochodził” w duchówce. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że bigos był u nas zawsze. Czyli zawsze świętowaliśmy. Na samą myśl cieknie mi ślinka. Tym bardziej, że na prowincji sami kisiliśmy kapustę, więc zapasów mieliśmy sporo. A taka kapusta smakuje przecież zupełnie inaczej niż ta kupna.





Mój bigos musi być: soczysty, pachnący grzybami, z dużą ilością mięsa. Na każdym etapie przygotowania smakuje świetnie, dlatego trzeba pilnować, by nie został zjedzony przed podaniem na stół.


Do bigosu potrzebujemy:
  • Kapustę kiszoną, najlepiej swojską.
  • Mięsa, różne rodzaje. Może być karkówka, biodrówka, chudy boczek. Ważne, by do bigosu, potrawy szlachetnej, wkładać najlepsze kawałki mięsa. Muszą być soczyste, więc musi w nich być troszkę tłuszczyku. W bigosie nie sprawdzi się suchy schab! Pamiętajcie, że tłuszcz (zawsze w umiarze!) jest nośnikiem smaku. I na Boga, nie wrzucajcie do bigosu skrawków wędlin, które można kupić w sklepie pod nazwą „bigosowe”. Takie zachowanie to bluźnierstwo!!!
  • Suszone śliwki bądź powidła śliwkowe domowej roboty.
  • Grzyby suszone.
  • Opcjonalnie można dodać odrobinę wytrawnego wina.
  • Przyprawy: ziele angielskie, pieprz, liść laurowy.
Nie dodaję koncentratu pomidorowego, choć wiem, że są jego zwolennicy. No, ale to w końcu mój bigos!

Kapusty nawet specjalnie nie płuczę. Chyba, że jest piekielnie kwaśna, wtedy można. Raczej siekam na drobniejsze kawałki, choć też nie zawsze. Wkładam do brytfanny, głównie w tej brytfannie gotuję bigos na święta. Już na tym etapie mogę włożyć do kapusty suszonych śliwek. Grzyby, całkiem sporo, bo one wzbogacają smak i nadają kolor tej zacnej potrawie, zalewam wrzątkiem, żeby puściły smak i uwolniły kolor. Wymoczone, podgotowuję w tym wywarze. Następnie grzybki razem z grzybową wodą dodaję do kapusty. Teraz można postawić ją na ogniu i rozpocząć gotowanie.

W tym momencie zaczynam przygotowywać mięso, które opłukane i wysuszone, posolone i obsypane pieprzem podsmażam na patelni. Takie właśnie podsmażone wykładam na wierzch kapusty, dodaję przypraw – kilka ziarenek ziela angielskiego i liścia laurowego.

To najlepszy czas, żeby zakryć przykrywką wypełnioną brytfannę i zmniejszyć ogień. 

Odtąd czas pracuje na korzyść potrawy. Bywa, że najlepszy jest trzeciego dnia.
Ponieważ w początkowej fazie w garnku jest sporo płynu – grzybowej esencji pomieszanej z kapuścianym sokiem – nie ma obawy, że potrawa się przypali. Żeby smaki przechodziły się równomiernie należy bigos gotować powolutku – od czasu do czasu mieszając. Kiedy soki się w połowie zredukują można dodać powideł śliwkowych. Ich delikatna słodycz złagodzi smak kwaśny. 
W tym momencie można również dodać kieliszek, lub więcej czerwonego wina. Słyszałam, że dodaje się piwa lub jeszcze mocniejszego trunku. Można spróbować. Ja winem wolę popijać przygotowany już bigosik. Dla mnie w tej potrawie najważniejsze są przechodzące przez siebie smaki kapusty, grzybów i mięsa. Reszta ma jedynie podkreślić smak, być dopełnieniem.
            Oczywiście, bigos, który znamy dziś jest potrawą nową, historycznie rzecz ujmując. W staropolskich recepturach na bigos próżno szukać kapusty. Taki, jaki opisałam, nie był znany Sobieskiemu, ale już przez Mickiewicza  powinien być akceptowalny. W końcu bigos opisany w Panu Tadeuszu wydaje się być tak znajomy:

W kociołkach bigos grzano. W słowach wydać trudno
Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną;
Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek,
Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek.
Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,
Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.
Przecież i bez tych przypraw potrawą nie lada
Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.
Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,
Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta;
Zamknięta w kotle, łonem wilgotnym okrywa

Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;
I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie
Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie
I powietrze dokoła zionie aromatem.




Na koniec - kiełbasa. Nie chodzi o to, by dodawać bigosowi smaku kiełbasy, ale by kiełbasa przeszła smakiem bigosu. 

A jaki Wy macie patent na bigos? Piszcie, dzielcie się, komentujcie...

Ściskam Was przedświątecznie