03.06.2018

Najlepszy chłodnik mieszczański


Tegoroczny maj rozpieszczał nas słoneczną pogodą, pod koniec miesiąca, stało się wręcz nieznośnie upalnie. Podobnie wygląda początek czerwca. Po długich szaroburych miesiącach grzechem byłoby narzekać. O wiele lepszym sposobem jest próba wprowadzenia smacznych udogodnień. Bo stać nad garami, smażyć schabów i gotować rosołów nie zniesie w takiej temperaturze nawet najwspanialsza gospodyni.

Dla mnie najlepszym sposobem na przetrwanie jest przygotowywanie i spożywanie dań chłodnych. I w takim przypadku niezawodnym jest chłodnik, z którym zmierzyłam się już kiedyś na blogu w 2015 roku. To ci dopiero prowincjonalna archeologia odgrzebać jakiś zapomniany wpis...

Z chłodnikiem nigdy nie kojarzyłam wiosny, ale przydawał się raczej w lipcu i sierpniu. Nic dziwnego, że wówczas mogłam już korzystać z własnych upraw.
Dziś, choć mieszkam w mieście, znalazłam miejsce na zasadzenie kilku grządek, zainaugurowałam działalność szklarni, ale nadal czekam na plony. Na szczęście nieopodal domu znajduje się ryneczek, który odwiedzam z samego rana w wolne od etatowej pracy dni. I tam zaopatruję się w sezonowe dobro.



Wracając w sobotni poranek do domu, kiedy wszyscy jeszcze śpią mogę zacząć pracę nad kremowym, pełnym smaku, super zdrowym delikatesem. Smaczny, kolorowy, aromatyczny i chłodzący.
Dzisiejszą wersję nazwałam chłodnikiem mieszczańskim, na cześć miejskich poranków, dostępności produktów na lokalnym ryneczku, których jako mieszczka bardzo potrzebuję. Zobaczycie też – będzie „na bogato”



Chłodnik mieszczański

Przygotowanie wywaru
Młode buraczki obieram kroję w drobną kostkę, siekam drobno botwinkę, wkładam do garnka z mała ilością wody. Dodaję obowiązkową gałązkę lubczyku (kocham lubczyk!!!). Gotuję 10 – 15 minut, dodając soli, cukru (do smaku) i łyżkę octu jabłkowego.
Tak przygotowany wywar, który sam w sobie jest bogactwem smaku, odstawiam do wystygnięcia. Pamiętajcie, żeby gorącego, ani nawet ciepłego garnka nie wstawiać do lodówki. Niech przestygnie spokojnie, gdzieś na boku.



Wkład do chłodnika

Po ryneczkowych wyprawach w lodówce mam samo dobro: rzodkiewki, ogórki gruntowe, obowiązkowo koperek, wszystko drobno siekam, dodaję do przestudzonego wywaru
... i dzisiejszy chłodnik wzbogaciłam drobno posiekanym kalafiorem oraz szparagami, które zostały z obiadu przygotowanego dzieciom.

Na koniec miksturę wzbogacam kremową konsystencją jogurtu naturalnego i kwaśnej śmietany. Próbuję, doprawiam raz jeszcze: sól i pieprz, ewentualnie odrobinę octu z jabłek. Wymieszany znowu ląduje w lodówce, by mógł się „przegryźć”.

Lubię, kiedy jest gęsty, aksamitny, zimny, bardzo zimny.

Podawać można klasycznie – z jajkiem ugotowanym na twardo (zimnym, rzecz jasna) albo trochę poszaleć, np. z szparagami i kalafiorowym śniegiem.



Kalafior surowy daje lekko orzechowy posmak i jest kolejnym lekko chrupiącym akcentem.
Jak widzicie można dodać innych sezonowych smaczności.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz