21.09.2015

Stuletni Sad


Wioletę i Wojtka Zielińskich poznałam latem ubiegłego roku. Pomimo, że na pierwszy rzut oka różnimy się bardzo, nawiązała się między nami nić sympatii, która w przeciągu roku zamieniła się w bardzo ciepłą relację. Uwielbiam ludzi z pasją, a szczególnie takich, którzy mają do przekazania swoją historię, niebanalną i wręcz filmową.

źródło: www.polona.pl


Kilka lat temu dostali od babci sad. Piękne przedwojenne nasadzenia. I jest to jeden z nielicznych zachowanych w okolicy wielkich sadów. Jabłonie, grusze, śliwy. Miejsce magiczne, urokliwe o każdej porze roku.

Ich pierwsze przygody z tak nietuzinkowym prezentem to świadomość ogromu pracy i energii, jaką musza w nie włożyć. Ale wiadomo, że dobra energia może być przekuta w coś niesamowitego. Tak też się stało. Praca zaowocowała zaangażowaniem emocjonalnym, pełnym potu i łez, także wielu wzruszeń.

Ekologiczne owoce są w cenie, ale ich wartość to nie tylko pieniądze. To satysfakcja, która popycha do coraz to nowych działań. Wioleta i Wojtek otworzyli swój sad, miejsce rodzinne i przez lata intymne, na ludzi. Od ubiegłego roku Stuletni Sad, wrześniową porą staje się miejscem pikniku, uroczej imprezy, na której niejedna atrakcja z jabłkiem w tle się przewija.

Piknik w Stuletnim Sadzie to wydarzenie o tyle ciekawe, że stworzone przez ludzi z prowincji. Inicjatywa oddolna przedsięwzięcia jest dla mnie szczególnie cenna i warta podkreślenia. Mimo, iż to dopiero druga edycja tego wydarzenia, widać, że przyciąga ludzi ceniących lokalną przyrodę, krajobraz i smaki.

Wrzesień to pora roku trudna. Kończą się wakacje, zaczynają obowiązki i cała masa zadań do wykonania. Trzeba skończyć przed zimą przetwory, zabezpieczyć zbiory, a pogada bywa kapryśna. Do tego dochodzi cała gama weekendowych okolicznych imprez, na których uświęca się śliwki, kapustę, bałabuny czy chleb. Jabłko, o dziwo jest motywem nowym, choć bardzo starym, niezwykle mocno wpisanym w krajobraz Doliny Dolnej Wisły.

Jabłoń i jabłko, są oczywistym elementem okolicznych wsi, zdumiewa więc jego dotychczasowa nieobecność w wydarzeniach lokalnych. A przecież jabłko to ogromny potencjał, proszę Państwa!

To jabłkiem skusiła Ewa Adama, prawda? Tajemniczy zakazany owoc kojarzy nam się właśnie z naszym swojskim, krągłym, aromatycznym i soczystym jabłkiem? Może była to malinówka? A może inne czerwieniejące na słońcu cudo? Jabłka, a konkretnie kosztele były ponoć ulubionym owocem królowej Marysieńki, bohaterki jednej z najpiękniejszych historii miłosnych w polskich dziejach. Król Jan III dbał, by kosze z kosztelami były pełne, a radość nie schodziła z twarzy ukochanej.

źródło: www.polona.pl

Nasi przodkowie, podobnie jak my jedli jabłka na surowo, mieli też swoje sposoby, by jabłka konserwować. Dużą ilość owoców suszono, wędzono, przetwarzano czyniąc z nich doskonałe konfitury i galaretki, cukierki, a nawet pierniki. Z jabłek robiono też powidła. Jabłka również kiszono. Robiono to na dwa sposoby: po pierwsze dodawano do kapusty, po drugie, zalewano miksturą z wody, soli i mąki razowej. Cóż za smak!!!

źródło: www.polona.pl


Poza stałą konsystencją, nasi przodkowie docenili również wersję płynną tego klasycznego owocu. Kompoty, soki oraz jabłeczniki królowały w polskich spiżarniach i na polskich stołach. Czy ktoś to jeszcze pamięta?

A octy? Doskonałe dla zdrowia, ale także świetne w smaku, które kupujemy dziś za astronomiczne kwoty. Czy robicie octy sami? Przecież to nic trudnego, wystarczy mieć dobry surowiec, jabłko starej odmiany, najlepiej jeszcze ekologiczne, takie właśnie jak w Stuletnim Sadzie.

źródło: https://www.facebook.com/stuletnisad

Przed nami najlepszy czas na przygotowanie tego wszystkiego. Trzeba zakasać rękawy i wykorzystać ostatnie tak przyjemne promienie słońca. Wszak jesień wdziera się i rozpycha rękami nie patrząc czy tego chcemy czy nie.

Dla uspokojenia duszyczek nieprzepadających za jesienną szarugą, polecam wizualizacje. Zamknijcie oczy, weźcie głęboki oddech i wyobraźcie sobie stuletni sad majową porą. Kwitnący, aromatyczny i romantyczny. Pod drzewami morze mniszka lekarskiego, który zbieramy na syrop. W koronach drzew słychać tylko brzęczące pszczoły. Pachnie nadchodzącym latem, wakacjami…

Czy majówka w kwitnącym sadzie nie brzmi kusząco? A gdyby tak ślub w tej niezwykłej scenerii? Podobno można już wybierać miejsca poza zimnymi urzędami, a plener – choć ryzykowny ze względu na nieprzewidywalne warunki atmosferyczne – pociąga wielu zakochanych śmiałków.


źródło: www.polona.pl

W miastach mamy parki, do których uciekamy, jak tylko pogoda nas do tego zachęci. Na prowincji mamy jeszcze piękne stare wielkie sady. Stuletni Sad jest jak tajemniczy ogród. To miejsce, w którym rodzą się nie tylko owoce. W StuletnimSadzie owocują marzenia. Plany, choć czasem szalone, są śmiało realizowane. Pomysły zmieniają się w działania,  znajomości w przyjaźnie, a jabłka w znakomite przetwory.

09.09.2015

Mam tę moc, czyli o mroźnych chwilach na Prowincji

Czasami, nawet pośrodku lata, na Prowincji wieje chłodem. Mrożące wiadomości spadają na głowę boleśnie, to jakby ktoś wbijał w serce tępe sople lodu… Prowincja, moi drodzy, może odbić się czkawką. Czkawkę powoduje, jak wiemy, między innymi nagłe ochłodzenie. A jak się czka, to może ktoś o nas mówi? A jak mówi źle, to pieką nas uszy… Tak, tak, tak, mądrość ludowa ma swoje uzasadnienie, zwłaszcza na Prowincji.

Moja wyśniona Prowincja jest pełna ludzi wspaniałych, pełnych pasji, życzliwych, szczerych i uczciwych. Spędzanie z nimi czasu jest dla mnie prawdziwie inspirującą podróżą z prawdziwymi opowieściami. Zawiązuję relacje, które będę miała w sercu przez całe życie. Dzięki takim osobom chce się poznawać więcej, spotykać, rozmawiać, rozmawiać. Każde spotkanie to dla mnie lekcja. Jestem tu, bo chcę się uczyć, bo chcę chłonąć. To dla mnie prawdziwy uniwersytet. I nie potrzebuję na Prowincji uczonych głów, ważnych osobistości, by je głaskać i chwalić. Urzekają mnie prawdziwi ludzie, ludzie z krwi i kości, o których często nie przeczytacie w popularnych przewodnikach czy oficjalnych informacjach.

źródło: www.polona.pl
Są też niestety ludzie źli, nieuczciwi i nieżyczliwi. Tacy, dla których sukces innych jest powodem do knucia i kopania dołków. Pewnie jest tak wszędzie, ale na Prowincji mają oni większe pole do popisu, gdyż obsikują mniejsze terytorium. Są to często osoby z kompleksami i przerośniętym ego. To prawdziwe społeczne pasożyty, które żywią się kosztem innych. Takich ludzi nie lubię. Nie jestem życzliwa dla tych, którzy krzywdzą innych. Nie wchodzę w brudne układy, bo się ich brzydzę. I to tacy właśnie, choć na szczęście jest ich mniej, boją się „obcego”. To oni ustanawiają zasady relatywizmu moralnego. Obcych można kopać, ale swego, który rozwala od środka to co budowało wielu, nigdy. Kiedy widzę, że swym zachowaniem wykorzystują i krzywdzą niewinnych nie mogę bezradnie rozkładać rąk.
Lubię mówić prosto w oczy to co myślę. Nie mam na celu uprzykrzania komuś życia czy bezrefleksyjnego czepiania się. Jeśli zależy mi na kimś, na jakimś zjawisku podchodzę do niego z czułością. Jeśli krytykuję, to zawsze z myślą o tym, by pomóc. Robię to także w stosunku do własnych dzieci. Widząc, że robią coś głupiego, rozmawiam z nimi, mówię im o tym, bo mi na nich zależy.

Płacę za siebie, nie biorę nic na zeszyt. Mam czyste konto. I jestem z tego dumna.

Wrażliwość etnologa pomaga na interpretacji zdarzeń na polu osobistym. Wiemy, że obcość i nowości, są przez zasiedziałe tradycyjne wspólnoty postrzegane jako zagrożenie. Z jednej strony obcy może fascynować, z drugiej wzbudzać lęk i obawy. Zwłaszcza, kiedy za bardzo wchodzi w lokalne środowisko, poznaje sekrety i gromadzi kapitał społeczny. Kiedy próbuje się uniezależnić, bo okazuje się, że zależność jest tylko pozorna.



Moi drodzy, bycie obcym na nowym lądzie to wielka lekcja przetrwania. Trzeba nauczyć się pływać i być czujnym. Najpierw cię obwąchują, poznają, że masz dobre intencje i biorą ile się da z twojej bezinteresownej pomocy. Stwarzają pozorne wspomaganie, które jest tylko pustymi słowami zapisanymi na ulotkach. A później wydaje im się, że mają cię całą dla siebie.


Na nic nadchodząca epoka lodowcowa, kiedy w sercach żar i ciepło bijące od niezawodnych przyjaciół. Dobre emocje potrafią stopić nawet największe sople i tafle lodu. 
Ogrzewają też koty, a psy swoją bezinteresowną radością powodują, że uśmiech nie schodzi mi z twarzy.