06.01.2015

Grzechu warta... galaretka z jabłek

Kiedy jesień w pełni… W sadzie obok domu rosną stare odmiany drzew owocowych. Drzewa na oko zasadzone jeszcze przed wojną. Dawno nikt ich nie odmładzał, nie przycinał. Nie przeszkadza im to. Od dwóch lat obserwuję klęskę urodzaju. Jabłonie płaczą. Owoce spadają z drzewa, pleśnieją, gniją smutnie.





Zapowiadało się to zresztą wiosną. Najpiękniejsze z kwitnących drzew owocowych – takie są jabłonie. Kwiaty mięsiste, śnieżnobiałe i te różowiejące. Pachnące miło. Ale to już było… kilka miesięcy temu. Wtedy też zapylone zaczęły zamieniać się w owoce. Całe mnóstwo owoców.




No i teraz mam, smutny obraz jabłek, których nie da się przejeść na surowo. Jabłek, których nie kupi rosyjski konsument, jabłek, które były pierwszym grzechu wartym owocem. Z litości zaczęłam je zbierać. Nie sama – pomoc jest tu niezbędna. 



Co zrobić z tym dobrodziejstwem? To co robiły nasze babcie, prababcie. Przetwory.

Zainspirował mnie przepis, niezwykle prosty, umieszczony w najstarszej grudziądzkiej polskiej książce kucharskiej „Nauka gotowania do użytku ludu polskiego”. Jest to zarazem świadectwo długiej tradycji przetwarzania w ten sposób jabłek. Bo takie przepisy znaleźć możemy w najstarszych polskich tekstach kulinarnych.




Galaretka z jabłek

Opadłe, jeszcze niedojrzałe jabłka, obmywa się czysto, pokraje, nie strużąc, w kawałki, nalewa wodą, aby się zakryły i gotuje do miękkości. Przestudzone przecisnąć przez płócienny woreczek. Na litr soku bierze się 1½ funta cukru, gotuje szumując 15-20 minut. Galaretkę tę można użyć do smarowania chleba. Chcąc ją na zimę zachować, trzeba gotować dłużej i próbować, nalewając kilka kropli na talerz. Jeżeli się po 2-3 minutach stęgnie, to jest dobra, w przeciwnym razie trzeba dłużej gotować. Galaretka nabywa bardzo dobrego smaku, jeżeli się do jabłek dołoży kilka śliwek.


Pierwsza próba była niezbyt udana, przyznaję... konsystencja niezadowalająca, galaretka nie dość gęsta. Dlatego niestrudzenie gotowałam jabłka dalej.




Podejście drugie. Tym razem musi się udać. No i udało się – przynajmniej ja jestem zadowolona z efektu, choć nazwałabym mój wyrób – miodem z jabłek. Lekko karmelowy, słodki gęsty płyn, w którym smak jabłka błąka się by trafić w punkt. Jednym słowem - niebo w gębie. Ten mój historyczno- kulinarny eksperyment dedykuję profesorowi Jarosławowi Dumanowskiemu, z którym współpracowałam przez kilka lat, napisałam doktorat, a przede wszystkim dzięki niemu zaczęłam się interesować historią kuchni. Zainteresowanie to stało się z czasem moją ogromną pasją. I lubię eksperymentować z tą historyczną teorią… w praktyce.




Owa galaretka z jabłek jest ponoć doskonała do smarowania chleba. Ja już ją czuję jak rozpływa się na ciepłych naleśnikach czy gofrach, które przygotuję dzieciom w zimowe weekendy.



Pozostałe owoce, które czekają wytrwale na swój czas w piwnicy, chętnie upieczemy w duchówce. A co to duchówka? Być może nie każdy wie, bo piece kaflowe to już rzadkość, raczej wspomnień czar niż rzeczywistość XXI wieku… Duchówka, to schowek w piecu, w którym niegdyś trzymano obiad, by ciepły czekał na spóźnionych domowników, to miejsce w którym suszono grzyby, owoce… Ciepła niespodzianka, przydatna bardzo zwłaszcza w zimowe dni.








4 komentarze:

  1. Och, galaretka jabłeczna! :) Tak, te jabłonie są ogromne ale owoce rodzą przewspaniałe. Sam nazbierałem kilkanaście złotych renet - cudne szarlotki wyszły, cudne! Renety mają dużo pektyny, więc z nich galaretka na pewno wyjdzie gęsta! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieję, że niebawem Krytyk Kulinarny będzie miał okazję spróbować i ocenić.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zakochałam się w tym przepisie (i sposobie jego prezentacji!!) - biegnę do kuchni!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Aniu, bardzo się cieszę, czekam na relację!!! Mamy przed sobą najlepszy czas na robienie takich niebiańskich przetworów :) Pozdrawiam z Prowincji

      Usuń