22.10.2015

Pokochać buraka


Kiedy odwiedzałam rodziców mojego męża, będąc jeszcze nieoficjalną narzeczoną, nie potrafiłam nie zachwycać się niedzielnymi obiadami, wypiekami i deserami. Były one zupełnie inne od, równie znakomitych, dań serwowanych w moim rodzinnym domu. Przyszła teściowa, z żartem i sympatyczną, badawczą złośliwością, kwitowała me zachwyty następująco:
„no tak, tak, bo u ciebie to pewnie tylko buraki i buraki…”

Tak się rodzą anegdoty rodzinne.
źródło:www.polona.pl

Tak mi się to dziś przypomniało, kiedy mam przed sobą wielki wór urodziwych buraków. To zaleta dobrze ułożonych sąsiedzkich relacji, o jakie wszędzie i zawsze dbałam. Dbać się o to powinno szczególnie na Prowincji, bo tu na odludziu taka relacja to prawdziwy skarb.
Wracając do buraków. Teściowa nie miała racji, bo w rodzinnym domu buraczki pojawiały się niezmiernie rzadko. A najlepsze jakie jadłam, to te które dostałam od teściowej właśnie. Ponieważ w smakach dzieciństwa zdecydowanie nie było miejsca na buraczane potrawy, nie darzyłam ich nigdy szczególnymi względami. Słoiki przywożone od mamy męża nie koniecznie mnie do siebie zachęcały. Ale małżonek i owszem, wcinał je do ziemniaków, do kaszy, do wszystkiego. A mi krwawiło serce, patrząc na pofarbowane struktury jadalne na pięknie ułożonym talerzu. Aż nastąpił przełom...


Wiadomo, że największe rewolucje kulinarne mają związek z najważniejszymi wydarzeniami w ogóle. Tak też było z moim osobistym odkryciem, docenieniem i pokochaniem buraka.

Do buraka zapałałam wielką miłością, będąc w 7 miesiącu ciąży. Męża nie było w domu, zaczynała się zima, wielki brzuch nie pomagał w sprawnych samodzielnych wyprawach do supermarketu. A ja głodna, samotna, trochę zdesperowana. W kuchennej półeczce słoiki z buraczkami… Niechętnie otworzyłam, zaczęłam jeść i nie skończyłam dopóki nie ujrzałam dna drugiego wielkiego słoika. Co za pychota! Pokochać buraka, to ci dopiero przygoda.

Dwa miesiące później teściowa ratowała mi życie, kiedy to po pojawieniu się dzieciątek poziom hemoglobiny spadł katastrofalnie, a ja czułam się jak zombie. Teściowa przygotowała sok z buraka, wspaniały eliksir.


Tak więc buraki i buraki. Teściowa wykrakała.

A dziś po 15 latach od dnia, kiedy burak pierwszy raz pojawił się w naszym rodzinnym dyskursie, stoję oto nad wielką siatką, wielkimi okazami. Dzwonię do teściowej i pytam o przepis na to kulinarne cudo.

Zabieram się do roboty. buraki paruję (część upiekę też w piekarniku, ale wcześniej zawijam szczelnie w formę aluminiową). Uparowane i upieczone buraki obieram, kroję w kostkę. Przygotowuję zalewę. 1 szklanka octu, 1 szklanka cukru i 4 szklanki wody. W zalewie tej zagotowuję raz jeszcze buraczki i przelewam do słoików. Gorący płyn sprawi, że nie trzeba będzie przeprowadzać dodatkowej pasteryzacji.

Mniam! Uwierzcie mi. Niebo w gębie! I jak tu nie kochać buraka!


21.09.2015

Stuletni Sad


Wioletę i Wojtka Zielińskich poznałam latem ubiegłego roku. Pomimo, że na pierwszy rzut oka różnimy się bardzo, nawiązała się między nami nić sympatii, która w przeciągu roku zamieniła się w bardzo ciepłą relację. Uwielbiam ludzi z pasją, a szczególnie takich, którzy mają do przekazania swoją historię, niebanalną i wręcz filmową.

źródło: www.polona.pl


Kilka lat temu dostali od babci sad. Piękne przedwojenne nasadzenia. I jest to jeden z nielicznych zachowanych w okolicy wielkich sadów. Jabłonie, grusze, śliwy. Miejsce magiczne, urokliwe o każdej porze roku.

Ich pierwsze przygody z tak nietuzinkowym prezentem to świadomość ogromu pracy i energii, jaką musza w nie włożyć. Ale wiadomo, że dobra energia może być przekuta w coś niesamowitego. Tak też się stało. Praca zaowocowała zaangażowaniem emocjonalnym, pełnym potu i łez, także wielu wzruszeń.

Ekologiczne owoce są w cenie, ale ich wartość to nie tylko pieniądze. To satysfakcja, która popycha do coraz to nowych działań. Wioleta i Wojtek otworzyli swój sad, miejsce rodzinne i przez lata intymne, na ludzi. Od ubiegłego roku Stuletni Sad, wrześniową porą staje się miejscem pikniku, uroczej imprezy, na której niejedna atrakcja z jabłkiem w tle się przewija.

Piknik w Stuletnim Sadzie to wydarzenie o tyle ciekawe, że stworzone przez ludzi z prowincji. Inicjatywa oddolna przedsięwzięcia jest dla mnie szczególnie cenna i warta podkreślenia. Mimo, iż to dopiero druga edycja tego wydarzenia, widać, że przyciąga ludzi ceniących lokalną przyrodę, krajobraz i smaki.

Wrzesień to pora roku trudna. Kończą się wakacje, zaczynają obowiązki i cała masa zadań do wykonania. Trzeba skończyć przed zimą przetwory, zabezpieczyć zbiory, a pogada bywa kapryśna. Do tego dochodzi cała gama weekendowych okolicznych imprez, na których uświęca się śliwki, kapustę, bałabuny czy chleb. Jabłko, o dziwo jest motywem nowym, choć bardzo starym, niezwykle mocno wpisanym w krajobraz Doliny Dolnej Wisły.

Jabłoń i jabłko, są oczywistym elementem okolicznych wsi, zdumiewa więc jego dotychczasowa nieobecność w wydarzeniach lokalnych. A przecież jabłko to ogromny potencjał, proszę Państwa!

To jabłkiem skusiła Ewa Adama, prawda? Tajemniczy zakazany owoc kojarzy nam się właśnie z naszym swojskim, krągłym, aromatycznym i soczystym jabłkiem? Może była to malinówka? A może inne czerwieniejące na słońcu cudo? Jabłka, a konkretnie kosztele były ponoć ulubionym owocem królowej Marysieńki, bohaterki jednej z najpiękniejszych historii miłosnych w polskich dziejach. Król Jan III dbał, by kosze z kosztelami były pełne, a radość nie schodziła z twarzy ukochanej.

źródło: www.polona.pl

Nasi przodkowie, podobnie jak my jedli jabłka na surowo, mieli też swoje sposoby, by jabłka konserwować. Dużą ilość owoców suszono, wędzono, przetwarzano czyniąc z nich doskonałe konfitury i galaretki, cukierki, a nawet pierniki. Z jabłek robiono też powidła. Jabłka również kiszono. Robiono to na dwa sposoby: po pierwsze dodawano do kapusty, po drugie, zalewano miksturą z wody, soli i mąki razowej. Cóż za smak!!!

źródło: www.polona.pl


Poza stałą konsystencją, nasi przodkowie docenili również wersję płynną tego klasycznego owocu. Kompoty, soki oraz jabłeczniki królowały w polskich spiżarniach i na polskich stołach. Czy ktoś to jeszcze pamięta?

A octy? Doskonałe dla zdrowia, ale także świetne w smaku, które kupujemy dziś za astronomiczne kwoty. Czy robicie octy sami? Przecież to nic trudnego, wystarczy mieć dobry surowiec, jabłko starej odmiany, najlepiej jeszcze ekologiczne, takie właśnie jak w Stuletnim Sadzie.

źródło: https://www.facebook.com/stuletnisad

Przed nami najlepszy czas na przygotowanie tego wszystkiego. Trzeba zakasać rękawy i wykorzystać ostatnie tak przyjemne promienie słońca. Wszak jesień wdziera się i rozpycha rękami nie patrząc czy tego chcemy czy nie.

Dla uspokojenia duszyczek nieprzepadających za jesienną szarugą, polecam wizualizacje. Zamknijcie oczy, weźcie głęboki oddech i wyobraźcie sobie stuletni sad majową porą. Kwitnący, aromatyczny i romantyczny. Pod drzewami morze mniszka lekarskiego, który zbieramy na syrop. W koronach drzew słychać tylko brzęczące pszczoły. Pachnie nadchodzącym latem, wakacjami…

Czy majówka w kwitnącym sadzie nie brzmi kusząco? A gdyby tak ślub w tej niezwykłej scenerii? Podobno można już wybierać miejsca poza zimnymi urzędami, a plener – choć ryzykowny ze względu na nieprzewidywalne warunki atmosferyczne – pociąga wielu zakochanych śmiałków.


źródło: www.polona.pl

W miastach mamy parki, do których uciekamy, jak tylko pogoda nas do tego zachęci. Na prowincji mamy jeszcze piękne stare wielkie sady. Stuletni Sad jest jak tajemniczy ogród. To miejsce, w którym rodzą się nie tylko owoce. W StuletnimSadzie owocują marzenia. Plany, choć czasem szalone, są śmiało realizowane. Pomysły zmieniają się w działania,  znajomości w przyjaźnie, a jabłka w znakomite przetwory.

09.09.2015

Mam tę moc, czyli o mroźnych chwilach na Prowincji

Czasami, nawet pośrodku lata, na Prowincji wieje chłodem. Mrożące wiadomości spadają na głowę boleśnie, to jakby ktoś wbijał w serce tępe sople lodu… Prowincja, moi drodzy, może odbić się czkawką. Czkawkę powoduje, jak wiemy, między innymi nagłe ochłodzenie. A jak się czka, to może ktoś o nas mówi? A jak mówi źle, to pieką nas uszy… Tak, tak, tak, mądrość ludowa ma swoje uzasadnienie, zwłaszcza na Prowincji.

Moja wyśniona Prowincja jest pełna ludzi wspaniałych, pełnych pasji, życzliwych, szczerych i uczciwych. Spędzanie z nimi czasu jest dla mnie prawdziwie inspirującą podróżą z prawdziwymi opowieściami. Zawiązuję relacje, które będę miała w sercu przez całe życie. Dzięki takim osobom chce się poznawać więcej, spotykać, rozmawiać, rozmawiać. Każde spotkanie to dla mnie lekcja. Jestem tu, bo chcę się uczyć, bo chcę chłonąć. To dla mnie prawdziwy uniwersytet. I nie potrzebuję na Prowincji uczonych głów, ważnych osobistości, by je głaskać i chwalić. Urzekają mnie prawdziwi ludzie, ludzie z krwi i kości, o których często nie przeczytacie w popularnych przewodnikach czy oficjalnych informacjach.

źródło: www.polona.pl
Są też niestety ludzie źli, nieuczciwi i nieżyczliwi. Tacy, dla których sukces innych jest powodem do knucia i kopania dołków. Pewnie jest tak wszędzie, ale na Prowincji mają oni większe pole do popisu, gdyż obsikują mniejsze terytorium. Są to często osoby z kompleksami i przerośniętym ego. To prawdziwe społeczne pasożyty, które żywią się kosztem innych. Takich ludzi nie lubię. Nie jestem życzliwa dla tych, którzy krzywdzą innych. Nie wchodzę w brudne układy, bo się ich brzydzę. I to tacy właśnie, choć na szczęście jest ich mniej, boją się „obcego”. To oni ustanawiają zasady relatywizmu moralnego. Obcych można kopać, ale swego, który rozwala od środka to co budowało wielu, nigdy. Kiedy widzę, że swym zachowaniem wykorzystują i krzywdzą niewinnych nie mogę bezradnie rozkładać rąk.
Lubię mówić prosto w oczy to co myślę. Nie mam na celu uprzykrzania komuś życia czy bezrefleksyjnego czepiania się. Jeśli zależy mi na kimś, na jakimś zjawisku podchodzę do niego z czułością. Jeśli krytykuję, to zawsze z myślą o tym, by pomóc. Robię to także w stosunku do własnych dzieci. Widząc, że robią coś głupiego, rozmawiam z nimi, mówię im o tym, bo mi na nich zależy.

Płacę za siebie, nie biorę nic na zeszyt. Mam czyste konto. I jestem z tego dumna.

Wrażliwość etnologa pomaga na interpretacji zdarzeń na polu osobistym. Wiemy, że obcość i nowości, są przez zasiedziałe tradycyjne wspólnoty postrzegane jako zagrożenie. Z jednej strony obcy może fascynować, z drugiej wzbudzać lęk i obawy. Zwłaszcza, kiedy za bardzo wchodzi w lokalne środowisko, poznaje sekrety i gromadzi kapitał społeczny. Kiedy próbuje się uniezależnić, bo okazuje się, że zależność jest tylko pozorna.



Moi drodzy, bycie obcym na nowym lądzie to wielka lekcja przetrwania. Trzeba nauczyć się pływać i być czujnym. Najpierw cię obwąchują, poznają, że masz dobre intencje i biorą ile się da z twojej bezinteresownej pomocy. Stwarzają pozorne wspomaganie, które jest tylko pustymi słowami zapisanymi na ulotkach. A później wydaje im się, że mają cię całą dla siebie.


Na nic nadchodząca epoka lodowcowa, kiedy w sercach żar i ciepło bijące od niezawodnych przyjaciół. Dobre emocje potrafią stopić nawet największe sople i tafle lodu. 
Ogrzewają też koty, a psy swoją bezinteresowną radością powodują, że uśmiech nie schodzi mi z twarzy. 

10.08.2015

Prowincjonalne ochłodzenie kulinarne

Wróciłam z wakacji. Pięć dni razem z rodziną i przyjaciółmi spędziłam w Olsztynie. Warmia od czasów studenckich jest dla mnie miejscem wytchnienia i odpoczynku. Upalne dni spędzałam w cieniu lub schładzałam się wariując z dziatwą w olsztyńskich jeziorach. Błogość, błogość, błogość…

Każdy beztroski czas ma swój kres. Urlop zbliża się ku końcowi, nasza wyprawa również musiała się zakończyć.

Po powrocie do domu, po szalonym przywitaniu z kotami, pobiegłam do ogródka. Kilka dni, tylko kilka dni beze mnie, bez mojego gadania, a rośliny rozbujały się jak szalone. Pomidory zdrowo zarumienione, ogórki lekko przerośnięte, no i wszystko na swoim miejscu, choć obawiałam się, że plony zniszczy tropikalny upał.


Tak, tak, prawdziwie letnia pogoda i brak chłodzącego jeziora wprawiła mnie w szalony ogrodowo-kuchenny nastrój. Zaraz po przebudzeniu pobiegłam zebrać warzywa. Buraczki ćwikłowe, tego roku mają premierę na prowincjonalnych rabatkach, dziś miały premierę w kuchni. I było to bardzo miłe spotkanie. Spotkanie z lubczykiem i moimi pięknymi i soczystymi ogórkami. Chłodnik chodził za mną od rana, był wyzwaniem, gdyż nigdy wcześniej nie odważyłam się go zrobić. A niektórzy powiadają, że nie ma nic prostszego. Postanowiłam zrobić go na swój własny sposób, wykorzystując tylko to co rośnie na uprawianych przeze mnie grządkach.


Umyte buraczki, po odcięciu wąsów, a także część botwinki włożyłam do niewielkiej ilości gotującej się wody. Dołożyłam tez sporo lubczyku, gotowałam na małym ogniu przez ok. 15 minut. Doprawiłam solą i pieprzem,  dolałam troszkę octu z kwiatu czarnego bzu, który kupiłam od Józefa Siadaka, autora przeznakomitych Specjałów spod Strzechy.

Wywar sam w sobie był wyborny, buraczki słodziutkie, lekko chrupiące, doskonałe. Po wystudzeniu dodałam pokrojone drobno ogórki gruntowe, a następnie dolałam gęstego jogurtu. Całość wstawiłam na kilkanaście minut do lodówki.




Jak wyszło? Moim nieskromnym zdaniem wybornie. Brakło może trochę koperku, ale dominujący smak buraczka i lubczyku rekompensował wszystko. Chłodząca łyżka po łyżce znikały z talerzy domowników. I to chyba najlepszy dowód. Wszystko do cna zjedzone. Zdrowe, smaczne, zimne i najważniejsze – poza jogurtem wszystko swojskie, to znaczy prowincjonalne i moje.


04.08.2015

Lato na wsi


Lato na wsi brzmi równie sielsko jak życie na prowincji… W zacienionej okolicy domu, w którym mieszkam nie czuć ukropu. A jeśli nawet zrobi się ciut za gorąco można schłodzić się zimną lemoniadą z czarnego bzu. Syrop schodzi jak zwykle wyśmienicie, znów obiecuję sobie, że w przyszłym roku zrobię więcej. Dorosłych gości, którzy odwiedzają nas i wspólnie z nami siedzą przy ognisku raczę syropem do piwa.

To lato jest jednak dziwne. Nie było zbyt wielu ciepłych nocy, a teraz to już klops. Jak mawiają: „od Anki zimne wieczory i poranki”. Szkoda, znowu lato ucieka niesłychanie szybko.


Skończyły się czereśnie, skończyły się wiśnie. czekam nieustannie na dojrzałe pomidory, które w mym małym ogródeczku zaowocowały nadspodziewanie obficie. Rozszalała się też pietruszka, którą zasiałam rok temu. Wybujała i dość dziwaczna – kwitnąca bujnie rozsieje się ponownie – bez mojej interwencji. Jest piękna, nie będę jej ujarzmiać. Jest i pan lubczyk, moje ulubienie. Pani sałata, fasolka i ogórki są na bieżąco pożerane. Taki jest smak tego lata - ogórkowo-lubczykowo-pomidorowy! Trochę tego jest, nie będę tu pisać o trudzie pielęgnowania grządek, bo daleko mi do doskonałej ogrodniczki. 


Powiem jedno – podziwiam ludzi pola. Niedaleko nas mieszka rodzina, która może się pochwalić porządnym ogrodem. Każdy kawałek ziemi zagospodarowany. Z jednej strony maliny, mnóstwo malin… po drugiej stronie ulicy, za domem, całe dobrodziejstwo warzywno-owocowe. Gospodarz spalony słońcem, niczym bohater westernu, skórę ma ciemną. Pracuje od rana do zmierzchu, a mimo to ma ciągle uśmiech na twarzy. Pracuje tak cała jego rodzina, babcia, dziadek, żona. Widok kojący moje skołatane serce. Zawsze z uśmiechem, zagadają, pogadają. Lubię do nich podjechać pod pretekstem kupienia jajek, malin czy pomidorów. Porządni, pracowici i uczciwi ludzie. Cenię takich bardzo.



Na drogi, te wąskie – prowincjonalne – wjeżdżają kombajny. Jako kierowca nie przepadam za tymi monstrami, ale jako właścicielka sporego bagażu wspomnień z dzieciństwa na wsi, mam do nich ogromny sentyment. Pamiętam te emocje, kiedy miał przyjechać zamówiony kombajn. Pamiętam emocje związane ze żniwami. Smak oranżady pitej na polu, a właściwie pod jedynym drzewem stojącym przy polu, jedynym, które dawało cień. Stawiała się wtedy cała rodzina, wujkowie, ciotki, kuzynowie… I pierwszy raz prowadziłam traktor. Miałam wtedy może z 10 lat?

źródło: www.polona.pl

Rolnikiem nigdy nie będę, nie będę też idealnym ogrodnikiem. Ale moje małe radości, w postaci nie do końca wypielonego pomidorowego zakątka, sprawiają mi ogromną frajdę. Każdy wolny dzień zaczynam od wizyty. Oglądam pomidory, mówię do nich, liczę owoce… i czekam na ich pełną czerwień. Choć sam zapach pomidorowych krzewów jest kojący…
I chciałoby się zatrzymać takie chwile na zawsze, rześkie poranki, nadzieja w sercu i pełne słońce, przed którym zawsze można się schować w cieniu ogromnych lip lub wiązu.


17.07.2015

Estetyka w kuchni


Mimo, iż większość czasu spędzam na Prowincji z zapałem obserwuję trendy kreowane przez kulinarnych wirtuozów działających w wielkomiejskich klimatach. Ukochani przeze mnie i podziwiani kuchmistrzowie komponują swe talerze na podobieństwo obrazów kreślonych przez mistrzów sztuk.

źródło: www.polona.pl

Na wygląd restauracyjnego talerza wpływa moda, za którą podążają kreatorzy smaku. Wiele się o tym mówi i pisze. Wiele wiemy z produkcji telewizyjnych, które dla coraz większej rzeszy konsumentów stają się wyrocznią.

Kulinarne wydarzenia bywają po prostu smaczne, albo zjawiskowe, albo tez kontrowersyjne. Coraz częściej dekorujemy dania kwiatami, wykorzystujemy dziko rosnąc rośliny jadalne, mamy w sobie chęć eksperymentowania w kuchni. Niektórzy niepokorni starają się przekraczać granice… Toczą się spory, buchają skrajne emocje – od fascynacji do fobii.

źródło: www.polona.pl

I trwa dyskusja, zadajemy i próbujemy odpowiadać na pytania: o co chodzi w kuchni? Co jest ważniejsze: smak, estetyka? Jedno i drugie? Doświadczanie niedoświadczanego? Poszukiwania? Kiedy nie należy przekraczać bariery dobrego smaku i kto owe granice wyznacza?

Historia gastronomii pokazuje nam taką oto prawdę: jak zmienia się świat, tak zmienia się kuchnia. Kontrowersji dostarczały smakoszom nowe mody w polskiej kuchni. Tak tak, tak było  również wiele stuleci wcześniej! 

Na polskich elitarnych stołach pstrokacizna ustąpiła miejsca naturze. I ja się ku temu przychylam, podjadając młode ziemniaczki z koperkiem i popijając schłodzoną maślanką. Smak prosty i wybitny – naturalny. Polecam na upalne dni.

źródło:www.polona.pl


Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o estetyce w dawnej kuchni polecam artykuł
Aleksandra Kleśta-Nawrocka, Kulinarne zabawy z barwami, czyli estetyka w kuchni oświecenia, strona Muzeum Króla Jana III Sobieskiego w Wilanowie


23.06.2015

Tam gdzie żyją krasnoludki

Na prowincji dziś deszcz, zbawienny deszcz, bo dzięki niemu łapię oddech i mogę spędzić chwilę na pisanie.

Lato, lato, lato!!! Dzisiaj się rozpoczyna. W okolicy panny zbierają kwiecie i plotą wianki. I będą dziś w nocy szukać kwiatu paproci. A za mną od kilku tygodni chodzą kwiaty czarnego bzu. Albo inaczej – ja chodzę za nimi. Zrywam, zalewam syropem, szykuję zapasy na zimę. Zapasy pysznego, aromatycznego eliksiru.



Pierwszy raz próbowałam jak smakuje podczas dnia dziecka organizowanego w Grucznie przez Agnieszkę Zamojską i Smak Dzieciństwa. Dzieciaki z wioski i okolic szalały po terenie wokół gruczeńskiego młyna i zrywały do wiklinowych koszy baldachy kwiatów bzu. Zakochałam się w nim wtedy bez pamięci. Od tego wydarzenia, odliczam dni do momentu, w którym zakwitnie. Chodzę po kniejach i przez cały bzowy (kwitnący) sezon robię syrop. A potem od jesieni do zimy dodaję do herbaty. Najbardziej lubi go moja córka i jak zapewnia, dzięki niemu od dwóch lat nawet kataru nie miała. Bo czarny bez zawiera w sobie wiele prozdrowotnych dobroci.



Najbardziej magicznym dla mnie zjawiskiem jest opadanie pyłku podczas zrywania. Mam wtedy nieodparte wrażenie obecności dobrej wróżki za plecami. Takiej co odgania demony, a te jak wiadomo lubią koło bzu się kręcić.


W opowieściach ludowych nie brakuje wskazań na czarny bez, jako drzewo niezwykłe. Pod nim mieszkają krasnoludki, był uznawany za ludowy środek antykoncepcyjny (tak tak), obawiano się bzu, dlatego też niechętnie się go pozbywano, obowiązywał zakaz palenia czarnym bzem w piecach. Obawa mogła być uzasadniona, gdyż z czarnym bzem należy obchodzić się ze szczególną estymą. Wiarę w magię dziś odczytujemy dzięki wiedzy. Wiemy, że owoce tej rośliny nadają się do spożycia tylko po obróbce termicznej. Ja na szczęście przedkładam kwiaty nad owoce, poza tym owoce brudzą, więc im tyle czasu, energii i emocji nie poświęcam.


Poza rzeczonym syropem, można rzecz jasna, wykonać wiele smaczności, w tym ocet, nalewkę czy inne konfitury. Jako absolutny nowicjusz w tych kwestiach nie będę się dzieliła swym doświadczeniem w tym zakresie. Wolę octy Józefa Siadaka, który ma w swej ofercie całą gamę Specjałów Spod Strzechy czy nalewki Mistrza Hieronima.


Na deser mogę jeszcze polecić prostą uniwersalną letnią potrawę – naleśniki z kwiatem z czarnego bzu. Z nimi też wiąże się ciekawa historia trans kulturowa. Kilka lat temu (długo zanim pierwszy raz zawitałam na moją ukochana Prowincję) spędziłam kilka dni w Cieszynie. Było to lato, druga połowa czerwca. I w tym cudnej urody miasteczku dowiedziałam się z kart menu miejscowych knajpek, że kwiat czarnego bzu w cieście naleśnikowym był ulubionym deserem Franciszka Józefa. Jakim zdziwieniem było dla mnie spotkanie się z ta potrawą po raz kolejny zupełnie innym miejscu, w Chrystkowie. Podczas wizyty menonitów z Holandii poprosiłam, by przygotowali jakieś tradycyjne danie. 



Co to było? Jak myślicie? Oczywiście wspomniany wyżej ulubiony deser cesarza. To ci dopiero smakowitość – od Galicji po Kociewie, a kto wie – może i dalej…. 



26.05.2015

Szczaw i mirabelki


Pamiętacie, jak jakiś czas temu pewien polityk przypomniał jak to drzewiej bywało? Dzieci jadały szczaw i mirabelki. Tak odniósł się do pytania o głodujące polskie dzieci.

Jako wykształciuch, który jakoś ciągle nie może się dorobić i którego ciągle nie stać na kawiory czy ostrygi postanowiłam zmierzyć się z tradycją kolejny raz. Korzystając z mojego prowincjonalnego otoczenia, nieskażonego cywilizacją obejścia wybrałam się w poszukiwaniu zielonego smaku dzieciństwa. Tak tak, jako kilkulatek biegałam po łąkach za domem babci i razem z całą wakacyjną ekipą zajadałam się świeżo zerwanym szczawiem. Biegało się na boso, po rosie i zakąski zbierało się ot tak. Takie wiejskie chipsy…

No i wspaniale, w majowym słońcu pokazało się całe mnóstwo szczawiu, aj aj aj, ale kwasi. Super! W zbiorach pomagały latorośle, ale tylko jedno – póki co – stanęło przed wyzwaniem zjedzenia surowego liścia. Do odważnych świat należy! Syn pokochał nowy smak. Drugie dziecko – niestety – zrażone szkolną szczawiówką, nie chce o takim daniu nawet słyszeć.


Co prawda dla matki dzieci są najważniejsze, piszę to świadomie w dzień matki i w przeddzień dnia dziecka. Niemniej, będąc nastawiona bojowo i – przyznam szczerze – także egoistycznie, postanowiłam, pierwszy raz w życiu ugotować szczawiową.

Ponieważ, będąc matką sprawiedliwą, nie chciałam wybrednego dziecka skazywać na głód i wpisywać go na listę polskich dzieci niedożywionych. Ugotowałam dwie zupy, obie w tym samym klimacie. Było więc zielono i kwaśno. Ogórkowa i szczawiowa, na jednej stały platce… A skoro dwie zupy, to zupy gotowane w małych garnkach. By nie komplikować sobie kuchennego miejsca i nie gotować jajek (obowiązkowo wiejskich) w wielkim wolnym garze, zrobiłam jaja sadzone i okazało się, że do zupy pasowały idealnie! Palce lizać.


Przepisu nie podam, tym razem zadziałałam bardzo intuicyjnie! Jak zwykle było „na oko”, a zbyt głodna byłam by szperać w starociach. Zupa bezmięsna, na wywarze z marchewki, pietruszki z dodatkiem pokrojonych drobno ziemniaczków. Szczaw wrzuciłam na koniec, potem jeszcze śmietanka i rzeczone jaja.
Co to była za uczta!!!


A jutro znów na łąkę się wybieram, a szczaw zaprawię do słoików, będzie na jesień, zimę. Mniam!

A na mirabelki jeszcze trochę trzeba poczekać, ale na szczęście w pobliżu prowincjonalnego domu rośnie ich sporo...


Ps. Z pozdrowieniami dla wszystkich, którzy lubią na łąki chodzić!!!

27.04.2015

„Miód” z mniszka


Koniec kwietnia i przyroda się rozbuchała. W mgnieniu oka się zazieleniło, zaraz zakwitną kasztany, a teraz oczy cieszą się z kolorowej łąki. Kolorowej, z przewagą zieleni i żółci. A ponieważ w życiu dorosłym żółć mi się przelewa, postanowiłam ją zamknąć w słoiku, no i trochę osłodzić.




A teraz bez metafor…

Rok temu pierwszy raz, patrząc na rozświetloną przez kwitnące mlecze łąkę, przypomniałam sobie, że przecież dawniej nie wyrywano ich z trawników, ale wykorzystywano w celach zacnych – kulinarnych i leczniczych. Fakt, że nasze babcie, bez wiedzy chemicznej i technologicznej wiedziały, że mlecz nie jest zwykłym chwastem, ale rośliną bardzo pożyteczną, wprawia mnie w jeszcze większy zachwyt i uznanie.


Obserwując trawnik-łakę przydomową postanowiłam poszukać receptur na syrop/miód z mniszka lekarskiego. Przecież w województwie kujawsko-pomorskim produkt ten został uznany za tradycyjny/regionalny i wpisano go na ministerialną listę. Robiły i robią go gospodynie w mojej okolicy, każdy może to zrobić.

Metod na przyrządzanie miodu z mniszka jest kilka, mnóstwo można znaleźć w sieci. Ja sięgnęłam w tym roku do książki Grażyny Szelągowskiej „Kuchnia z rodowodem”. Na jednej stronie są dwa przepisy, spośród których wybrałam ten mniej skomplikowany:

„Miód z mniszka:
400 baldachów mniszka, 1 kg cukru, i duża cytryna, 1 litr wody.
Baldachy zerwać z rana jak się rozwiną, nie płukać, żeby nie spłukać pyłku, położyć na biały papier, żeby wyszły wszystkie robaczki. Przegotować wodę, ostudzić, zalać tą wodą kwiaty i gotować 10 minut. Obrać cytrynę, pokroić w plastry, dodać wywaru, gotować 5 minut. Następnie odcedzić, dodać cukier i gotować godzinę.”


Ostatni etap trochę przedłużyłam, by miód był bardziej gęsty.

Kwiatków zebrałam tylko 800, więc dziś mój miód jest jedynie przymiarką i próbką. Ale z nadzieją patrzę na przyszły tydzień. Myślę, że na Prowincji pojawi się wsparcie i zrywanie będzie szło lepiej…


Oczywiście jeśli nie mamy czasu, by wybrać się na łąkę oddaloną od głównych dróg, zalecam i zachęcam, by zakupić taki produkt od lokalnych wytwórców.

Dziś, w piękny, wolny od pracy dzień, wybrałam się z samego rana na łąkę, zabrałam kosz, koc i tak sobie zrywałam kwiatki wyobrażając sobie nasze babki i prababki. Jedno z przyjemniejszych zajęć, zbieranie kwiatów. Te jednak mają jeden minus – bardzo brudzą. Dlatego też, zanim wybierzecie się na zbiory, przygotujcie odpowiedni strój roboczy oraz rękawiczki. Ja rok temu o tym nie pomyślałam, roztaczając wokół siebie romantyczną wizję prowincji i darów natury. Potem, z mojej garderoby musiały zostać usunięte pewne bardzo wygodne i ulubione spodnie.


Mniszek ma wiele zalet, pysznie smakuje, może być substytutem miodu dla wegan, może też być użyty w kuchni przez mięsożerców, może być składnikiem dresingu, dodatkiem do mięs albo po prostu syropem na kaszel czy słodzikiem do herbaty lub dodatkiem do czegoś mocniejszego…



Może też być wyjątkowym prezentem. Rok temu, szykując się na pewien szykowny ślub, postanowiłam przygotować nowożeńcom prezent na miesiąc miodowy. Miód z mniszka z dodatkiem goździków, cynamonu i imbiru. Trochę taki staropolski, trochę barokowy, myślę że bardzo afrodyzjakalny. Aromatyczny i słodki, jak miłość. A przecież zbliża się maj, miesiąc miłości…



20.04.2015

Ziemniaczane cuda

Pisałam już o topinamburze, który był dla mnie symbolem moich historyczno-kulinarnych pasji. Wspominałam też o jego karierze w ostatnich czasach. Tak, jestem pod wrażeniem tej bulwy...

Ale jako dziewczyna rodem w Wielkopolski, zainspirowana moimi ostatnimi powrotami do rodzinnego miasteczka, rozsmakowałam się w ziemniakach. Bo przecież miejsce, z którego pochodzę jest kulinarnym centrum kartoflanym. Ziemniaki, kartofle, pyry… A z nich cuda cudeńka. Dla mięsożernych, jak i dla wege-smakoszy! Była mowa o Dziadach, które w swojej prostocie są po prostu bajeczne. Dziś jednak, postanowiłam zmierzyć się z inną formą ziemniaczanego szaleństwa.

Ziemniaki, pomimo tego, że lubię, jadam niezbyt często. Wynika to oczywiście z lenistwa, do którego bez bicia się przyznaję. Obieranie ziemniaków, to dla mnie przykry obowiązek, dlatego też najczęściej jadam „w mundurkach”. Naprawdę nieczęsto można u mnie posmakować placków ziemniaczanych, czy innych wymagających wieloetapowych przygotowań potraw. Ale dziś będzie inaczej!

W trakcie swojego „dorosłego” życia podchodziłam do nich kilka razy. Zawsze kończyło się to klapą. Siedziałam na telefonie, zapisywałam skrzętnie przepis i porady przekazywane przez mamę, której zawsze wychodziło świetnie. Jednak moja ręka w tym zakresie nie była w stanie zmierzyć się z legendą wielkopolskiego wiejskiego stołu. Trud wykonania tej potrawy, jak zresztą wielu innych, polega na tym, że proporcje większości składników są określane: „na oko”. A jak mawiał mój ojciec – „na oko, to chłop w szpitalu umarł…”
Co tak bardzo mi nie wychodziło? Co mi dzisiaj wyjść musi? Żelaźnioki.




Oto przepis:

Składniki (ilość „na oko”)
ziemniak surowy,
mąka,
jajko,
sól, pieprz.

Ziemniaki obieramy, ścieramy na tarce o najmniejszych oczkach, odcedzamy ze zbyt dużej ilości soku, dodajemy mąkę (na oko – w zależności od ilości ziemniaków) oraz jajko. Doprawiamy. Ciasto musi być dość gęste i zwięzłe. Gotujemy wodę, gdy zacznie wrzeć, wrzucamy, formowane łyżką kluski. Gotujemy kilka minut.

Podajemy z cebulką prażoną, boczkiem, kapustą kiszoną podsmażoną.


Na północy jadłam takie kluchy z twarogiem i skwarkami, też było smaczne, ale ja dziś tradycyjnie – po wielkopolsku. Smacznego!

15.04.2015

Schody, schody, schody


Zaczęło się późnym latem. Po kolejnym festiwalowym szaleństwie kulinarnym zostaliśmy na kilka dni w miejscowości, w której zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Perspektywa najbliższego roku w mieście nie była optymistyczna. Moje miejsce pracy właśnie miało zostać zamknięte, doktorat powoli się kończył, a perspektywy naukowo-zawodowe były marne. Stwierdziliśmy, że równie dobrze jak w mieście, możemy szukać przygody i pracy na prowincji.

Rozglądaliśmy się na wsi. Słyszeliśmy, że gdzieś jest do wynajęcia mieszkanie. Po kilku latach mieszkania w hotelu akademickim potrzebowaliśmy przestrzeni jak niczego innego. Byliśmy też zmęczeni ciągłym pędzeniem, z zajęć na zajęcia, z jednego końca miasta na drugi.

Aleja, źródło: polona.pl


Ktoś powiedział, że owa oferta wynajmu jest nieatrakcyjna, ale że może zainteresuje nas pewien zapomniany dom. Zapakowaliśmy się do samochodu, jechaliśmy dość długo. wjechaliśmy w ślepą uliczkę i na końcu pięknej alei zobaczyliśmy drewniane cudo. Zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Kto był, ten wie o czym piszę.

Oglądaliśmy wnętrze starej chaty z zapartym tchem. Wszędzie było pełno porozrzucanych rzeczy, teren wyglądał jak dżungla. Nie przeszkadzała nam nawet wyrwa w dachu, której nikt przez lata nie zauważał. Postanowiliśmy zająć się tym miejscem. Z sercem pełnym nadziei i dobrych emocji.
Początki były weekendowe. Każdy piątek, był dniem nadziei. Jeździliśmy na naszą prowincję sprzątać, karczować odgruzowywać. Wynajęliśmy dom, w którego drugiej części mieszkał pasterz – bajarz. Postać to nietuzinkowa, ale o ludziach będzie odrębny cykl.

Nasze wypady na prowincję były jak ładowanie akumulatorów. Niedziele były smutne, bo wiązały się z powrotem do ciasnoty hotelowych przestrzeni. Nie przeszkadzał nam brak wody, obdrapane ściany wnętrz, sypiący się tynk. Chłopaki z okolicy załatali dach, wyremontowali jeden pokój. Było jak w bajce.

źródło: polona.pl


Wieczorami siadaliśmy na schodach - zmęczeni fizycznie, ale psychicznie odnowieni. Taka terapia. Praca, nadzieja, plany na przyszłość. Oddech łapaliśmy siedząc wieczorami przed domem, w którym czuliśmy się jak u siebie. Rozmawialiśmy, snuliśmy plany, projektowaliśmy przyszłe wydarzenia. Obserwowaliśmy niebywale czarne niebo usłane milionami gwiazd, wsłuchiwaliśmy się w rechot żab i ciszę, kiedy żab już nie było. Schody były naszym najulubieńszym miejscem. Stąd widać było wszystko, wydawało się, że widzimy przyszłość. Tak budowaliśmy swoje nowe miejsce. Na schodach wypijaliśmy wieczorne piwo, na schodach dyskutowaliśmy, na schodach snuliśmy plany. Na schodach myśleliśmy, że oto otwiera się przed nami wspaniały świat. W końcu. Wolność.

źródło: polona.pl


Dziś, jeden z pierwszych ciepłych tego roku wieczorów, znowu można usiąść na schodach i rozmarzyć się. Za chwilę rozkwitną mlecze, kasztany, czarny bez. Za chwilę zacznie wschodzić topinambur. A schody znów staną się naszym inspirującym centrum świata. I to od nas zależy czy będziemy mieli pod górkę czy z górki oraz to jak bardzo będą te schody strome.

13.04.2015

Prowincja i smaki dzieciństwa

Wyprowadziłam się z miasta na Prowincję. To już wiemy. Skusiły mnie smaki, bogactwo nieznanych produktów, wyśmienite historie kuchenne… Początkowo była to podróż w nieznane, a dziś mówiąc i pisząc o tym co tutaj  - piszę jak o „swoim”. Zaczęłam się z tym prowincjonalnym „czymś” utożsamiać. Zachłysnęłam się wyjątkowością owych krętych festiwalowych ścieżek. „Moja Prowincja, moje podróże, odkrycia kulinarne” – powtarzałam jak mantrę i oswajałam tą rzeczywistość ciesząc się każdym jej kęsem.

Ale o czymś ważnym zapomniałam. Uświadomiłam to sobie w ubiegły weekend.

Wróciłam na chwilę do rodzinnego miasteczka. Rozmawiałam o tamtejszych smakach ze wspaniałymi kobietkami. I takiego sobie apetytu narobiłam na moje ulubione smaki dzieciństwa, na to, co gdzieś – nie wiadomo dlaczego i kiedy - wyparłam. Trochę zaniedbałam tą moją prywatną Prowincję, z której kiedyś tak chętnie uciekłam. A przecież tyle tam smaków, fascynujących, prostych, moich…

Choćby takie dziady. Przecież je uwielbiam… A jadłam je ostatnio może z dziesięć lat temu.
Zapętliłam się na tej nowej prowincji zapominając o tym skąd wyjechałam. I głośno powiedziałam moim rozmówczyniom, że na północy jednak mi czegoś brakuje: kaszanki gryczanej, klusek na łachu i dziadów właśnie…




A robi się je niezwykle prosto:

Ugotowane gorące ziemniaki zasypujesz mąką (proporcje „na oko”), ugniatasz szybko i zwinnie, by się mąka zaparzyła (stąd też inna nazwa – „prażoki”), potem formujesz łyżką kluseczki, kładziesz na talerz, dodajesz uprażonej cebulki lub boczku i gotowe. Proste i niebywale smaczne!

Pewnie już nie wrócę na stałe do mojego miasteczka (wiem, wiem – nigdy nie mów „nigdy”), ale o tych smakach nigdy nie zapomnę i myślę, że teraz muszę i te pielęgnować w sobie. W myśl zasady, którą powtarza mi mój mąż: tam dom twój, gdzie serce twoje – myślę, że dziady, gziki i inne przysmaki będą mi o tym teraz częściej przypominać.


Ps. Dziękuję Annie L., prowokatorce tej podróży.